wycieczka: Z pałacem znienacka

Chronologicznie była to pierwsza z wycieczek z takim celem, że właściwie jakby bez celu ;) Choć kolejność tu w sumie nie ma znaczenia. Zatem było tak: zaśledzam sobie bowiem na Instagramie taki profil Kratki Furtki Płotki, gdzie nareszcie w jednym miejscu mogę pooglądać to, co – jak widać – nie tylko mi się zawsze podobało, czyli jakieś dziwaczne wyroby metalowo-druciane. Im gorsze (mniej profesjonalne), tym lepsze ;) I otóż dnia pewnego, z braku lepszych pomysłów, zapuściłam motor w motocyklu i obrałam kierunek na Niechlów. Tenże sam nieszczęsny Niechlów, przed którym wyboisty asfalt na feralnym zakręcie po dziś dzień nosi ślady mojego nieszczęścia i wielu mi podobnych… Nic się tam przez te lata nie zmieniło, dostawili tylko nowe biało-czerwone słupki, które po jakimś czasie znów zaliczyły szczerby w swoim szyku. Takie miejsce. Licho tam siedzi, bez dwóch zdań.

W każdym razie pojechałam do owego Niechlowa, by uwiecznić mijaną – nieraz i co tydzień – bramę stadionu gminnego w takim właśnie kratko-furtko-płotkowym stylu, celem podzielenia się tym znaleziskiem we wspomnianym zakątku Instagrama.

Wspaniały ów relikt znajduje się akurat w takiej odległości, że natenczas byłam w stanie dojechać tam za jednym zamachem. Jakieś 60 km. Ale cierpnące i cierpiące nogi już skomlały o przerwę. Popas wykorzystałam więc na przysiady, wymachy i cały repertuar ministerstwa głupich kroków, żeby ponownie nawiązać kontakt z własnymi kończynami. Dolnymi. Górne wykorzystywałam w tym czasie, by poszukać czegoś jeszcze w okolicy, na czym można by zawiesić wzrok, a co zawsze tranzytowo omijałam. Na dobry początek hasło „pałac”. „Szukaj w tym obszarze”. No i co my tu mamy… Pałac Łękanów. Niezbyt zachęcająco, wygląda na średnio dostępny, w dodatku w remoncie. Odpada. Następny – pałac w Żuchlowie Dolnym. Też jakoś nie porywa… O, a co to za wieżyczki? Naratów. Coś mi to mówi, a do tego ładnie wygląda. Jedźmy więc, nikt nie woła – cytując wieszcza.

Mój wewnętrzny radar wyczulony na jak najgorsze drogi ponownie zwiódł mnie i skusił do pojechania boczną dróżką dookoła. Mhm, nigdy więcej i Wam też nie polecam. Owszem, asfalt był, jego w zasadzie pozostałości. Ale najpierw wyboistość przez las, a następnie wyrwy w takim zagęszczeniu, że nie wiadomo, z której to omijać. 30 km/h to max, co już i tak ociera się o brawurę…

Dotarłszy do Naratowa, nauczona doświadczeniem, że pałace potrafią się podstępnie chować i maskować, gdy ktoś nadjeżdża, rozglądałam się czujnie na prawo i lewo. Zamaszyście nawet, by jadący za mną wyraźnie widzieli, że czegoś szukam i temu się tak wlokę, i żeby wyprzedzali bez wahania. Pałac był tym razem jednak przyjaźnie nastawiony i z daleka widać było wieżyczki nad drzewami. Te wieżyczki… Coś pięknego. O dziwo, choć każda z lekko innej parafii, całość nie wygląda jakoś gargamelowato.

Między bramą a pałacem napotkałam dwóch spacerujących panów z pieskiem, więc od razu zapytałam, czy tu ktoś urzęduje, czy można wjeżdżać… Nie widzieli przeciwwskazań, więc pojechałam śmiało dalej. Zaparkowałam oczywiście jak u siebie, przymierzając hondę, jak by wyglądała na podjeździe. Nigdy nie wiadomo, gdzie się na stałe osiądzie, to przy okazji warto sprawdzić ;)

Przez czas potrzebny mi na rozkulbaczenie się z kasku, panowie dotarli bliżej budynku. Podpytałam więc dalej, co wiedzą o tym miejscu. Historia jakich wiele. Tyle że tu się jeszcze ostatkiem sił utrzymuje uparcie jakaś firma, mająca pomieszczenia biurowe. Musieli się trochę ścisnąć, bo w części budynku już nieznośnie przeciekał dach i przenieśli się na drugą stronę. Ale że weekend, to i wszystko pozamykane. Mogłam więc jedynie obejść budynek dookoła, rzucić okiem na smętną, zapuszczoną stawo-fosę i obadać, czy jest sens jechać dalej między zabudowania gospodarcze.

Na tyłach wszystko raczej w ruinie, resztki jakiejś jakby remizy, po drugiej stronie stare dystybutory paliwa (tam się nie pchałam, „podłoga” tak zarosła, że nie było widać, czy da się tam bezpiecznie przejść lub przejechać). Od frontu kilka bardziej kompletnych „stodół”, ale też i zamieszkane budynki, ludzie się kręcą, więc średnio mi się widziało zostawiać motór i łazić komuś praktycznie po podwórku. Rzut oka na całość, przejazdem, musiał wystarczyć. Całkiem to podobne do pobliskiej Kłody Górowskiej. Warto zobaczyć jedno i drugie.

View this post on Instagram

Jeden pożytek z tej zmiany czasu i pozamykanych sklepów jest taki, że udało mi się wrócić za dnia z cotygodniowego "dyżuru" we Wro. Szybkie (15 min.) zwiedzanie, ale pokrzepiające. Już prawie zapomniałam, jak to jest, tak spontanicznie odwiedzić jakieś ruinki…;) Umiejscowienie pałacu w Kłodzie Górowskiej jest urzekające – staw, mostek od frontu, duży park i ogromne zabudowania gospodarcze. To zawsze one najbardziej rozpalają moją wyobraźnię ;) …wszystkie graty mogłyby stać pod dachem i jeszcze byłoby dość miejsca na kryty tor zręcznościowy ;) Wizja tym bardziej kusząca, że cały ten ceglany bajzel jest na sprzedaż. Pozostaje tylko wygrać w totka ;) Na wszelki wypadek zrobiłam od razu przymiarkę, jak by się prezentował wóz na podjeździe ? #poznajswojkraj #klodagorowska #dolnyslask #ruiny #opuszczone #folwark #palac #fordsierra

A post shared by byledoprzodu (@cezet180) on

Więcej rzetelnej wiedzy, a przede wszystkim lepszych zdjęć znajdziecie tutaj:

No i cóż, zaspokoiwszy zapędy krajoznawcze, należało udać się w kierunku jakiegoś jedzenia i do domu. Najkrócej było przez Szlichtyngową i mój osobisty czarny punkt. O ile samochodem mijałam go już pierdylion razy, tak hondą wróciłam tu po raz pierwszy…

Tym razem udało się przejechać bez uszczerbku ;D

2 Comments

    1. byledoprzodu

      Ponoć „na obszarze Polski znajduje się około 2800 pałaców, z czego 2000 pozostaje w ruinie.” – tak że tego… Jeszcze trochę przed nami ;) A cieszyć się należy, ale z faktu, że można jeszcze zobaczyć te, które dotąd nie spłonęły „przypadkowo” (jak choćby w pobliskim Bełczu Wielkim), pozostając w rękach pseudowłaścicieli…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *