wycieczka: Dalekobieżna, bo jeden taki mostek…

Tak jak wspominałam na fb, pomysły na cel wyjazdu mam coraz bardziej abstrakcyjne, co często jednak zwiększa atrakcyjność obranej trasy ;) A tym razem było tak…

Wybrałam się ostatnio z babcią do rodziny w Kotlinie. Najpierw za Kłodzko, a potem w drugie miejsce – koło Srebrnej Góry. Zazwyczaj jedziemy albo tu, albo tam, stałą trasą, więc moje zapędy krajoznawcze leżą stłamszone w schowku koło wypisanego długopisu i zapasowej żarówki, i po prostu jadę do celu – jak kierowca PKSu. Ale teraz… Rozplanowanie trasy dawało bardzo obiecujące perspektywy, bo tak: z owej miejscówki koło Srebrnej Góry, w stronę przeciwną niż zazwyczaj jedziemy, prowadzi ponoć bardzo atrakcyjna droga. Wiem to stąd, że już parę razy słuchałam opowieści, jak to dziecięciem będąc, odwiedzana przez nas krewna musiała tamtędy – zima czy lato – na piechotę dygać do szkoły. Jakieś 4 km, ale przez dwie góry po drodze. Rzecz w dzisiejszych czasach – podwożenia dzieci SUVami pod próg placówki edukacyjnej – całkowicie egzotyczna. To tak nawiasem… W każdym razie, jadąc teraz dla odmiany od strony Kłodzka, droga wypadała nie inaczej niż tamtędy. Znaczy – ogólnie wypadała inaczej, ale tędy było na skróty. A jeśli można na skróty, to wołami nikt mnie nie zaciągnie na główniejszą drogę ;) Babcia też na ogół nie ma nic przeciwko opcji „poznaj swój kraj”, więc nastawiłam wskazówki na googlu i ruszyłyśmy – ku przygodzie!

Hardkor zaczął się od razu po zjechaniu z krajowej ósemki :P We wsi Łochów poprowadziło nas wąziuteńką dróżką, najpierw między domami, a potem przez pola. Ekspozycja, widoki – owszem, piękne ;) Ale potem w dół… Najpierw lekko, a im dalej, tym stromiej. Cały czas tym asfalcikiem na szerokość samochodu. Pierwsze domy kolejnej wsi – Boguszyna – były już na takiej stromiźnie, że słabo mi było na samą myśl, jak ci ludzie jeżdżą tędy zimą… Na dole dojechałyśmy do drogi o jedno oczko główniejszej, czyli już na 2 samochody szerokiej. Kolejna pułapka czyhała niedaleko, w Ławicy. Miał być tam skręt w lewo, ale tak koślawo spojrzałam na mapę, że w naturze go kompletnie zignorowałam. Pojechałyśmy dalej, prosto. Po zjechaniu za wsią w las, znów stromo w dół i w prawo – tknęło mnie, że to chyba nie tędy. Oczywiście. W końcu znalazłam wspólny język z mapą (bo przecież po co włączyć gadające wskazówki, jak można ambitnie – i dość dowolnie – samemu interpretować zaznaczoną trasę :P), musiałyśmy się cofnąć. Droga na końcu świata, w lesie, przed nami zakręt-agrafka na jakimś zboczu – idealnie, żeby zawrócić niemal 5-metrowym scorpiem – „na trzy”, bo pobocza brak ;) Poszło sprawnie, i bogom dzięki, bo oczywiście dwie sekundy po tym, jak obróciłam wehikuł nazad, naszym śladem – na tym zadupiu, przypominam – z góry nadjechała terenówka. Z przyczepą. Przypadeg? Nie sondze :P Jeszcze brakowało procesji i kombajnu. Mnie już nic nie zdziwi, takie opary absurdu to norma ;)

Wróciłyśmy zatem kawałek i skręciwszy już gdzie trzeba, pojechałyśmy znów jakąś wąską osiedlówką. W dół i w dół, przyjemnymi łuczkami… Odcinek ten niemal styka się z brzegiem Nysy Kłodzkiej, mijamy górną przystań wodną, gdzie zaczynają się spływy kajakowe i pontonowe Przełomem Bardzkim. A zaraz potem – dla odmiany – stromo w górę. Krótko i bardzo stromo. Ale scorpio nie wymięka, wszak limuzyny są stworzone do takich warunków :P I dopiero na górze nastąpił ten moment. Moment zawahania ;) Droga, wg mapy, miała wieść przez mostek. Kładkę właściwie. Wyglądającą jak pieszo-rowerowa… Ale mapa swoje – że wpieriod – znaków zakazu wjazdu czy ograniczeń tonażu też nie było widać… Zatem wierna swojemu odwiecznemu motto, że „golf się nie cofa” – a ja wraz z nim czy każdym innym pojazdem ;) – śmiało wjechałam na przeprawę. Babcia na siedzeniu obok jakoś zamilkła, z tego co potem mówiła – również zbladła (mostek w jej ocenie był jednak dla lżejszych wehikułów niż nasz ;) ). No i przejechałyśmy nad tą rzeką, kładka się nie zarwała, ale przed nami wyrosło kolejne wyzwanie – zakręt. Na tym mostku. Już się spotkałam z rondami na estakadach nad ekspresówką, ale barierki mostku skręcające pod kątem 90 stopni w lewo wprawiły mnie, muszę przyznać, w lekką konsternację. Przypomnę, że całość nadal o szerokości, że dwa rowery się miną, ale samochodem ma się lekki dyskomfort… No i zmieści się czy się nie zmieści ta limuzyna? ;) Z natury moje zdolności do szacowania są mizerne – z płcią mózgu nie ma co dyskutować, choć chętnie zamieniłabym emocjonalność za lepszą, „męską” wyobraźnię przestrzenną ;) – ale parkowanie precyzyjne zawsze mnie jarało i od momentu, jak się tym samym scorpiem zmieściłam w mikromiejscu parkingowym przed cmentarzem Grabiszyńskim we Wrocławiu (co stojący nieopodal i „kibicujący” kierowca początkowo skwitował, że „nie ma szans…”. Potem już nic nie powiedział ;) ), żyję w mniemaniu, że w miarę czuję jego gabaryty ;) Werdykt zatem brzmiał, że się zmieści. Sama nie wiem jak, ale rzeczywiście udało się przejechać bez żadnej rysy przez cały bok…

Przejazd ten wielokrotnie wspominałyśmy z babcią już po powrocie do domu – z różnych powodów, ale na nas obu zostawił niezatarte wrażenie. Znaczy była przygoda ;) Ale znam swoją pamięć, a raczej jej brak, i wiem, że co nie jest nagrane albo obfotografowane, zniknie w odmętach i mgle, stanowiąc tylko urywek wspomnień… I z tego powodu owładnęła mną nieprzeparta potrzeba powrotu w to miejsce, żeby uwiecznić – na ile się da – tamte odczucia (i znów ta nieznośna płeć mózgu doszła do głosu… ;) ).


Okazja miała nadarzyć się niebawem – była szansa, że Boże Ciało będę mieć niepracujące – więc wóz albo przewóz, raz kozie itd. Postanowiłam spróbować, tym razem motórem. Tylko spróbować, bo od wizyty u kręgarza – który miał coś zaradzić na moje drętwienie kończyn, gdy jadę zgięta – nie miałam okazji wypróbować swoich nowych supermocy :P Pierdnięcie się raz do Sławy nie wykazało niepokojących objawów, czyli niby lepiej, ale po takim dystansie, to i tak pewności nie ma. Potrzebna była trasa co najmniej 70 km, może 100, jednym ciągiem. No to czemu nie 200 od razu? :P No pewnie, świetny pomysł, też tak uważam! Jak się uda, to pewność będzie już niezbita – no tak czy nie? ;)

Oczywiście wylot rano o świcie pozostał w sferze sennych majaków. Pobudka gdzieś koło 11 nie wróżyła powodzenia mojemu planowi wycieczkowemu, ale pomogła wrodzona zawziętość. To nic, że plecak niespakowany, że nie wiadomo gdzie się podział uchwyt na kierownicę do kamerki (ale tak kompletnie nie. Amba wsysła), że jeszcze tysiąc innych przeszkód (np. „nastawiać to pranie teraz…?” :P ). Zadbałam jedynie zawczasu, żeby mieć wszystkie baterie ponaładowywane i kupić konserwę, a to najważniejsze ;) W końcu odnalazł się też kamerkowy uchwyt, nie wiedzieć czemu w szafce z kluczykami. Można zatem jechać.

Wskoczyłam na S3-kę, którą mam prawie spod domu do prawie-że-w-góry, więc mogę przetranzytować ten najgorszy kawałek, czyli najbliższe okolice, w których znam na pamięć każdą łatę na asfalcie. Na szczęście to nie autostrada, więc tłoku nie ma, mogłam sobie spokojnie pyrkać za jakąś cysterną z „air liquide”. Trochę turbulencje, ale jednak ciut lepiej niż walka z wiatrem prosto na klatę – że z hondki żaden liniowiec, to wiadomo nie od dziś.

(to akurat fotki z marca, ale góry są w tym samym miejscu ;) )

Tak gdzieś od Legnicy widać już pięknie góry na horyzoncie, uwielbiam ten moment. Również na tym etapie przyszło nieśmiałe ochłodzenie, jakże wyczekiwane po iluś dniach upałów, a ewidentnie spowodowane czarnymi chmurami zbierającymi się trochę na prawo od mojej trasy i aż po te góry. Zastanawiając się niemrawo, czy mnie ten deszcz złapie, półżywa od monotonii, zjechałam wreszcie koło Jawora… Prosto w roboty drogowe. I prosto w pierwsze krople deszczu. Wahadło jak to wahadło – czas czekania ustawiony na jakąś wieczność, a tu jeszcze na mnie kapie. Na szczęście tak dość od niechcenia, więc nie wpadłam w natychmiastową panikę, jak to zwykle czynię na widok zestawu „mokra jezdnia + motocykl”. Jeszcze kawał drogi przede mną, a jak do tej pory nie zdrętwiałam, to szkoda byłoby zmarnować tak dobrze zapowiadającą się wycieczkę tylko przez to, że dla odmiany sparaliżuje mnie pogoda… Nareszcie zielone, ruszyłam więc ostrożnie.

Deszcz pokapał, zaraz się rozmyślił, ale nie dałam się sprowokować. Zapylony asfalt po takich paru kroplach to potrafi być najgorsze zło, piekło śliskości. No ale najwyraźniej nie tym razem ;) Bez większych przeszkód i zawirowań minęłam Strzegom i dojechałam do Świdnicy. Tu mnie czekały dwa przystanki. Bynajmniej jednak nie przy zabytku UNESCO – Kościele Pokoju – i np. katedrze z najwyższą chyba w Polsce wieżą. To by było zbyt proste. Pierwszy raz będąc w tym mieście, kroki i koła skierowałam gdzie? Nie licząc stacji, bo już rezerwa zakasłała… Najpierw na peryferia, pod Świdnickie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji. Nie że mnie przydusiło za potrzebą :P Ale chciałam zobaczyć na własne oczy tego chłopka, co go owszem. Przydusiło znaczy. I tak siedzi biedak już od lat 30. XX w., choć nie od razu w tym miejscu. Figurę uszykowali świdniczanie z okazji powstania miejskich wodociągów i to przy starej siedzibie zakładu pierwotnie się znajdowała. „Srający chłopek” – lub też „Bolko myśliciel” – choć siedzi na końcu świata i drogi, to sława go wyprzedza. Wspominają o nim znane przewodniki, a nawet podobno National Geographic. Sądzę, że i jego powinni byli podpiąć pod to UNESCO ;)

Z tego ewidentnego i dosłownego zadupia pojechałam już prosto, prościutto do samego centrum Świdnicy. Koło miejskiej biblioteki zadomowiło się bowiem stado… dzików. Locha i parę warchlaków w wielce uciesznych pozach i anturażu. Zameldowane są na skwerku i pilnują zakopanej tu „skrzyni pamięci” – od współczesnych świdniczan dla tych, co sobie ją otworzą za 100 lat.

Na tym zakończyłam tymczasowe zwiedzanie Świdnicy, zwłaszcza że znowu zaczęło kapać. Ponadto również grzmieć. Ruszyłam czym prędzej, sądząc że umknę tej chmurze. Niestety… Nie dość, że ucieczka się nie powiodła, to jeszcze chyba nasze drogi się skrzyżowały, bo do samego Dzierżoniowa jechałam moknąc coraz bardziej. W mieście na chwilę zelżyło, pozwoliło podeschnąć nawet, ale dalej znowu w kratkę. Czasem nawet wszystko naraz, gdy padało bezpośrednio nade mną, a z ukosa – gdzie już było pogodnie – grzało słońce.

Ząbkowice ominęłam wioskami, chcąc jak najkrócej jechać po krajowej ósemce – spodziewałam się na niej dzikiego tłoku, jak zazwyczaj. Tłok był w rzeczywistości umiarkowany, podobnie jak siąpiący nadal deszcz, ale tutaj już dodatkowo zrobiło się po prostu… zimno. Tego się nie spodziewałam. Ujechałam niedługi kawałek i nie będąc pewną, gdzie dokładnie chciałam odbić, zjechałam na postój w Braszowicach. Akurat były światła i osobny pas do skrętu, więc nie groziła mi śmierć przez rozsmarowanie za pomocą rozpędzonego tira. W wiosce natrafiłam na przystanek autobusowy bez rozkładu, uznałam więc, że raczej nie będę wadzić nikomu, jeśli założę tu obóz. Przyjemne z przyjemnym – chwilowa przerwa w moknięciu i pokrzepienie się śniadaniem o 17. I widok na kurki grzebiące pazurem przed stodołą.

Przez czas potrzebny na zjedzenie konserwy i pomidora, deszcz przestał zupełnie padać. Miło z jego strony. Nie spodziewając się jednak, że potrwa to długo, szybko pozbierałam manatki, żeby choć trochę ujechać w tak sprzyjających okolicznościach.

Właściwy zjazd z krajówki, który sobie upatrzyłam, był kawałek dalej. Na mapie wyglądało to na nieźle rokującą drogę przez las i przypuszczalnie przez górę też. Na wysokości Barda krajówka idzie przez job-twoju-mać taki jakby wąwóz? przełęcz? więc ta miła boczna dróżka na pewno musi iść górą. Strach przed deszczem już kompletnie ze mnie wyparował na tym etapie i bliższa byłam nastawieniu „kto da radę, jak nie ja” ;) Zresztą lepiej się turlać nawet 30 na godz. przez las, niż musieć pod presją jechać 90 w tłumie samochodów. Pełna nadziei odbiłam więc znów na wiochy.

Asfalt początkowo niezbyt zachwycający, ale im dalej w las, tym ładniejszy. Deszcz odpuścił, pozostały duszne mgły i mokra zieleń dookoła. No Bieszczady, jak w pysk strzelił ;)

(jakość w filmie można se wyższą ustawić niż ta domyślna)

Najpierw długo, długo pod górę – ok. 5,5 km – i po osiągnięciu przełęczy Łaszczowa od razu w dół, 8 km do Kłodzka, przy czym tu już większość przez teren zabudowany (dość długa wioska przed Kłodzkiem). Rozległych panoram się nie uświadczy, chyba że na las, ale trasa przyjemna.

Po wjeździe do miasta wita mnie nasilający się deszcz i… nieczynna stacja benzynowa, tradycyjnie ;) Niestety dodatkowo zagrodzona, więc profilaktycznie stawiam hondę możliwie najbardziej pod daszkiem, czyli w chaszczach, ale po zrobieniu paru fotek pogoda jednak się klaruje.

Przez Kłodzko raz-dwa, bo jakaś wielka aglomeracja to nie jest, i ląduję na wylotówce. Po relaksujących bocznych drogach ciężko się przystosować do szybkiego tempa krajówki, ale na szczęście zaraz z niej zjeżdżam – dokładnie na pokonany wcześniej scorpiem odcinek. Nareszcie!

Daję sobie chwilę na podziwianie panoram, bo zaraz czeka mnie zjazd do najniżej położonej w całej Kotlinie Kłodzkiej wsi – Ławicy – i już se nie popatrzę ;) Droga przez te pięć dni niewiele się zmieniła ;) Luźne kamyczki i piach na wąskim, ale równym asfalcie oraz niebotyczna (w moich oczach) stromizna dostarczają sporo emocji już od samego początku – a dalej wszak będzie wcale nie gorzej. Gdy jestem prawie u celu, choć wiem, gdzie trzeba skręcić, ponownie omijam zjazd w osiedlową drogę – jakieś fatum, z tej strony jest prawie niewidoczna. Przystanek autobusowy jedyną podpowiedzią, że to tu. Parę minut walczę jeszcze z kamerką, bo przecież najbardziej mi zależy na udokumentowaniu tego fragmentu za pomocą ruchomych obrazków, a dziadostwo akuratnież postanowiło się zbiesić. Nieoryginalne baterie mają paskudny zwyczaj lekko się wiercić w przeznaczonym dla nich miejscu, tym samym odcinając zasilanie. Na szczęście skrawek ręcznika papierowego wepchnięty pod baterię daje nadzieję na zaradzenie temu problemowi pierwszego świata – i ruszam.

Może tego nie widać, ale jechałam przez ten mostek niczym Konstantyn Wielki przez swój łuk triumfalny ;D Dotarłam, udało się! A więc czas najwyższy zaparkować i rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Najpierw sam mostek. Spotkałam się w internetach z określeniem, że to kładka pieszo-rowerowa, ale tak jak wcześniej wspominałam – nie ma przy nim żadnych zakazów, jedynie na skrzyżowaniu w Ławicy zakaz wjazdu pojazdów o długości ponad 6 m, a od strony Młynowa – powyżej 7 ton. Ani motocykl, ani osobówka pod to nie podpada, jak by nie patrzeć. Zresztą przez ten czas, gdy się tam kręciłam, samochody przez niego przejeżdżały non stop – choć to też żaden wyznacznik, bo miejscowi zawsze są ponad prawem i wjadą gdzie im się podoba. Ale tutaj jest raczej wszystko na legalu. Poza tym konstrukcja od spodu wygląda nader solidnie. Okazuje się też, że jest o wiele młodszy niż wygląda, bo powstał po powodzi 1997, która zmyła wcześniejszy, poniemiecki, przypuszczalnie ten widoczny na starej pocztówce.

Z przeprawy roztacza się widok. Czy ładny – kwestia dyskusyjna. Widać przystań (czyli łagodny brzeg po prostu), dawny jaz i przede wszystkim – ruiny papierni. W przewodniku wydawnictwa Rewasz (Waldemar Brygier, Tomasz Dudziak „Ziemia Kłodzka. Przewodnik„) wspomina się o tym miejscu w rozdziale o jakże znamiennym tytule – „Turystyczne ugory Ziemi Kłodzkiej”. Dowiadujemy się, że zakład powstał w 1895 r. Czyli podczas rządów czwartego pokolenia „papierniczej” gałęzi rodziny Schoellerów. Z innego źródła (str. 24) wynika, że było to jedno z wielu przedsiębiorstw tej ogromnej rodziny przedsiębiorców. Jej część do dziś „siedzi” w papierniczym biznesie (Felix Schoeller Gruppe). Ówcześnie fabryka była na tyle imponująca i nowoczesna, że pojawiała się na pocztówkach jako swoista atrakcja okolicy. Działała prężnie do wojny, a po niej bardzo szybko (jeszcze przed końcem 1945 r.) została uruchomiona ponownie – już w polskich rękach. To właśnie tutaj pojawiła się pierwsza w powojennej Polsce maszyna papiernicza (źródło). Potem podobno było już jak w bajce – oto, co czytamy w bliżej nieokreślonej broszurce pochwalnej:

Gdy popatrzeć z otaczających wzgórz na Zakłady Młynowskie, to wyglądają one jak płynący na wąskim kanale okręt. Z jednej strony rzeka, z drugiej kanał doprowadzający wodę do fabryki. Obie wstęgi wody łączą się przed i za zabudowaniami fabrycznymi. Z kominów płynie dym, czasem zahuczy syrena. Jak na prawdziwym okręcie.

Czy tak rzeczywiście było, niestety nie wiem z pierwszej ręki, choć dowiedziałam się, że dziadek tu swego czasu pracował. Ostateczny upadek fabryki nastąpił po 1997 r.

Obecnie działa tu jeszcze kopalnia szarogłazu – żeby było śmieszniej – zarządzana przez Nigeryjczyka. A podobno to Polacy są w stanie na każdym zadupiu rozkręcić biznes. Może jednak więcej wspólnego mamy z Czarnym Lądem niż z Zieloną Wyspą? ;) Agroturystyka pomału się tu rozwija, chyba dopiero teraz, bo gdy papiernia już nie truje wody (i nie daje zatrudnienia), to i wędkarze chętniej zaglądają za lipieniami, pstrągami czy szczupakami, a mieszkańcy się przebranżawiają na obsługę nielicznych – jak to na ugorze – turystów…

Rekonesans wykonany. Jeszcze kontrolnie rzut oka na mapy (tę aktualną i drugą taką niezbyt ;) ), poubierałam bagaże z powrotem w mniej lub bardziej ubłocone już pokrowce przeciwdeszczowe, siebie nie, bo nie mam takich wynalazków, a poza tym z cukru nie jestem :P i nie pozostało nic innego jak ruszyć w drogę powrotną. Bez wielkiego zwiedzania, bo już popołudnie przechodziło w wieczór, ale za to inną trasą. Kiedyś słyszałam przesąd, że na cmentarzu nie należy wracać po własnych śladach, bo coś tam (co najmniej pech zapewne), ale stosuję tę zasadę na ile się da również na wycieczkach – można przecież dwa razy więcej zobaczyć.

Udałam się zatem przez wioski w kierunku Nowej Rudy, aby brzegiem Gór Sowich dotrzeć do Bielawy i potem już po staremu – Dzierżoniów, Świdnica, Strzegom, eska.

Drogi w kratkę – raz dobre, raz ledwo da się jechać, ale chyba przewaga tych pierwszych. Do Wojborza było słabo, potem się wygładziło, potem znów po odbiciu z głównej na Dzikowiec jakaś porażka, potem już pięknie… Oj, i to jak! Ponownie zapachniało Bieszczadami, a konkretnie mokrymi zaroślami, sianokosami, zakrętami… Nie mówię, że w Biechach nie ma uroku, ale na szczęście zdążyłam się nimi nasycić za dziecka i w czasach studenckich, a teraz mogę odkrywać równie klimatyczne, ale o wiele bliższe okolice. Win-win situation ;)

Dalej po drodze jest jeszcze jeden widokowy odcinek. Między Dzierżoniowem a Świdnicą, bliżej tego pierwszego rozpościerają się piękne panoramy od Ślęży po jednej stronie do Sowich i dalej – z drugiej strony. Ciężko się jedzie kręcąc tak mocno głową i to do tyłu, bo lepiej to wszystko widać jednak jadąc na południe… ;) Zatrzymałam się więc przy nie mniej malowniczym odbiciu na Krzyżową (tam gdzie pałac i festiwal balonów).

Podkusiło mnie jeszcze, żeby z siodła oblecieć centrum zarówno Świdnicy, jak i Strzegomia. Nieuleczalne, nie da się prosto do domu… ;) Na cepeenie w Strzegomiu zastał mnie zachód słońca i upalno-deszczowy dzień zakończyłam, wracając po ciemku ekspresówką. Z żadną kończyną niezdrętwiałą, za to z czym innym – owszem… Siedzenie w hondce, choć ładne, to jednak jest dedykowane na krótsze dystanse ;)

A na koniec okazało się, że tak dobrze mi się jechało w tym deszczu i po wertepach, bo… miałam za niskie ciśnienie z przodu, ledwie 1,5 :P

6 Comments

  1. Fabrykant

    Mostek niesamowity, aż dziw, że w ogóle coś takiego postawili. A i urbeks papierniczy nadwodny – świetny. Zapory, jazy, śluzy, kominy, to tygrysy lubią! Bardzo ładne zdjęcia pejzażowe. Satysfakcja gwarantowana!

      1. Fabrykant

        Boszz, Wy to tam macie na tym południu. Pod każdym wpisem Szanownej Pani można to napisać. Jak już będą mi wypłacać te czterysta złotych emerytury, to się przeniosę na Dolny Śląsk pod namiot i będę zwiedzał hulajnogą elektryczną. A jak nie, to wózkiem inwalidzkim.

        1. byledoprzodu

          Polecam hamak – mniej zachodu niż z namiotem ;) A do zwiedzania na kołach już porobili mnóstwo singletracków w górach, tyle że to dla rowerów, ale do czasu emerytury Szanownego Pana może i dla hulajnóg powstaną ;)

  2. K.

    A powiadają, że temu kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje – Twoja wyprawa jawnie zaprzecza temu stwierdzeniu ;) Taki jednak czar letnich dni, że i pobudka prawie w południe nie oznacza, że dzień jest już stracony.
    Manewr na mostku serio godny najwyższego uznania, bo na zdjęciach w ogóle wydaje się to nieprzejezdne. Myślę, że duża zasługa w tym stoickiego spokoju babci, który i Tobie po części się udzielił ;)
    Co do reszty zgadzam się z kolegą Fabrykantem – na tym południu to Wam tam dobrze pod względem fauny, flory jak i obiektów cywilizacyjnych do zobaczenia. Ten widok z drogi na góry przypomina bardziej Norwegię niż Polszę :P
    Rewelacyjna wyprawa – trochę popadało, trochę słońca, dużo do zobaczenia i powrót do domu cało i zdrowo – tylko takich albo i lepszych wycieczek życzę :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *