Co ja się stęskniłam!… Ale co tam ja – na jakim głodzie musieli być uczestnicy i organizatorzy, to nawet sobie nie wyobrażam. Po odwołaniu zeszłorocznej edycji, cały rok w niepewności, czy kolejna dojdzie do skutku… Ja siedziałam jak na szpilkach – a co dopiero wszyscy bliżej związani z imprezą. Bo przecież nie zapowiadało się różowo. Cena města Jičína – odwołana, 300 Zatáček Gustava Havla w Hořicach – przesunięte na sierpień, żeby w ogóle się odbyły… Ale – udało się! Z końcem czerwca internety obiegła dobra nowina i świeżutki plakat – i to z naszymi na zdjęciu! („To dopiero zaszczyt” – jak sami skomentowali).

Na pierwszym planie Light Speed Team, czyli Szymon Spychała i Tomasz Korzyniewski z Triumphem 750.

Jak zwykle natomiast nie wiedziałam, czy mi się uda dotrzeć. Zawsze jakoś w tych okolicach następuje kumulacja pecha i wszystko zmawia się przeciwko moim nienaruszalnym planom. Dwudniowe uczestnictwo tym razem nie wyszło, za to w niedzielę już przed godz. 7 zapakowałyśmy się w sierrę z Justyną (świeżo upieczoną miłośniczką czeskich wyścigów, koniecznie chcącą zobaczyć sajdy w akcji) i ruszyłyśmy kibicować.

Ale dla Was, drodzy Czytelnicy, nic straconego – piękne fotki z soboty dostarczył niezawodnie Moto Trud: część I, część II, część III, część IV, część V, część VI, bonus 1, bonus 2, bonus 3.

Dotarłyśmy do celu przed 10, od strony Jeseníka, więc odczekałyśmy chwilę na wolny przejazd, żeby przemieścić się na moje stałe miejsce parkingowe na poboczu drogi wylotowej na Šléglov – nawiasem mówiąc, to wioska, w której osiedlił się i był sołtysem jeden z założycieli Kolštejnského okruhu Ilja Zachoval.

Tu już po zawodach. Wcześniej nie szło wcisnąć zapałki między poparkowane po horyzont auta.

Skoro trafiłyśmy na przerwę, oznaczało to, że zaraz start kolejnej klasy, więc szybko po zakup wejściówek, krótka wymiana uprzejmości z bileterem, który zobaczył, że jestem w tričku z edycji 2018 (niestety zero specjalnych względów z tego tytułu ;D ) i… jednak nie zdążyłyśmy przejść do centrum – trasa już zamknięta. No to trudno, pozostało nam oglądanie przejazdów z górki przed restauracją Na Kovárně. Ale ostatecznie jedyne, co tam obejrzałyśmy, to zaparkowane motocykle widzów, bo start się przeciągał i wcale nie wyglądało, żeby rychło miał nastąpić. W końcu przez głośniki poszła informacja, że jest opóźnienie, bodajże dlatego, że muszą posprzątać trasę po wypadku, no i trzeba czekać. I tyle. Najpierw więc pojedynczy śmiałkowie zaczęli przemykać pod taśmami na drugą stronę, a potem puszczono wszystkich normalnie. Poszłyśmy więc i my ku sercu imprezy – do padoków rozłożonych wokół kościoła, pod zamkiem, przy rynku i w zasadzie… gdzie popadnie ;)

„Okładkowy” sidecar, mimo częściowego rozgrzebania, nie wyglądał jak po wybuchu skrzyni biegów, co miało miejsce dzień wcześniej – ale myślę „nie znam się, nie będę pytać, po co ludzi denerwować w razie czego…” Z plotek jednak wiem, że wrażenie było całkiem słuszne, bo chłopaki z pomocą innego zespołu przez noc szybko przywrócili sprzęt do stanu używalności i w niedzielę mimo wszystko wystartowali! Bijąc swój rekordowy czas, przez co byli najlepsi w grupie, oraz zgarniając 2. miejsce za regularność przejazdów. Brawo!

Widząc to wszystko z bliska, Justyna zapragnęła już nie tylko oglądać, ale przejechać się kiedyś sajdkiem jako pasażer. Nie wiem jak to zrobi, ale trzymam kciuki :D Chociaż z jej wagą piórkową bardziej by się nadała na kierowcę…

Kręcąc się w tę i nazad, w końcu zgodnie stwierdziłyśmy, że pora na obiad. Słonecznej pogodzie chyba też zachciało się przerwy, bo półtorej minuty po tym, jak ulokowałyśmy się w restauracji Kolštejn, zaczęło lać jak z cebra. Dla zawodników jednak nie było taryfy ulgowej… Mokli doszczętnie, podobnie jak najbardziej zawzięci kibice, którzy nie schowali się pod żaden dach czy parasol, aż jednych i drugich szkoda się robiło, ale zawodników podwójnie – bo dodatkowo przecież skrócono im czasy przejazdów, z racji tego porannego opóźnienia…

Skończyłyśmy konsumpcję i niedługo potem również deszcz się uspokoił. Ej, ale jakby co, to nie przez nas! ;)

Chwilę mi zajęło połączenie kropek, czemu nie mam koszulki z 2019 – ale przypomniało mi się, że z wtedy mam kalendarz, a na koszulkę już nie starczyło koron ;)

Do końca pozostało jeszcze kilka „nieprzejechanych” klas, choć nie wiadomo których, bo już nic nie szło zgodnie z harmonogramem, przynajmniej tym moim wydrukowanym ze strony. Stałyśmy więc twardo przy barierkach, czekając na drugie sidecary. W tak zwanym międzyczasie zlokalizowałam w końcu, gdzie w tym roku są suweniry, bo poprzedni sklepik zniknął, a ja potrzebowałam aktualnej koszulki przecież :P Justyna w tym czasie obadała punkt poboru rurek z kremem – z którymi wszyscy się przechadzali, wnioskiem tego jakiś lokalny specjał (acz te są inne niż Hořické trubičky, tu robią miękkie, a nie takie andrutowe).

Po ostatnim finiszu ruszyłyśmy na dalsze zwiedzanie padoków, ale dużo kibicujących ulotniło się chyba całkiem, bo na rozdaniu nagród – mam wrażenie – były głównie zespoły z przyległościami. Myśmy zatem zostały, żeby robić sztuczny tłum i zobaczyć, kto stanie na pudle. Popatrzyły, poklaskały – się jest kibicem, to ma się obowiązki kibicowskie, tak czy nie…

I po wszystkim. Data kolejnej edycji już podana, więc – odliczamy :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *