Z wiekiem mam coraz mniejszą tolerancję na głupotę ludzką (nie, że kiedykolwiek miałam ją sporą…), więc generalnie, to jak na spokojną osobę, niesamowicie łatwo się wk… Denerwuję. Nie inaczej było, gdy na jednej z fejsbukowych grup ujrzałam następującą zadufaną opinię:

Wiadomo, że z koniem nie ma się co kopać, a z trollem dyskutować, więc w takich przypadkach co najwyżej gotuję się w sobie, w środku i nic nie piszę. Ale ja wiem i Wy, mam nadzieję, też wiecie, że w tej akurat kwestii rzecz ma się zgoła inaczej. Że przygoda może zacząć się zaraz za progiem i wcale nie trzeba jej szukać daleko. Przygodę albo ma się w sobie, w formie instant i wystarczy dolać benzyny (czy co tam kogo napędza) – albo się jej nie ma i wtedy wyprawa choćby na koniec świata nie pomoże.

Dobra, dalekie podróże spoko – co kto lubi – ale licytowanie się ilością przejechanych kilometrów, wartościowanie kto jest „bardziej”, jakiś chory wyścig zbrojeń… To już nie spoko.

Na szczęście po drugiej stronie barykady – w obozie zdrowego rozsądku – liczebność nie spada i można spotkać takie budujące przykłady:

Ja jednak zaplanowałam wyprawę badawczo-eksploracyjną bez potrzeby zarywania nocy (raz w tygodniu w zupełności mi wystarcza). Miałam w pamięci jedną taką dróżkę, rzut beretem od domu, którą dotąd omijałam… Wyglądała obiecująco, bo 1. wąska, 2. asfaltowa i 3. w las.

Zgodnie z drogowskazem, po kilkuset metrach dotarłam do wioski. Ale podeszłam do sprawy skrupulatnie i niczym kierowca samochodu z kamerami Google Street View (marzę o tej posadzie) zajrzałam w każdą dostępną odnogę badanej trasy. Jedna skończyła się nierokującym najlepiej przejściem w polny dukt, choć wcześniej był przyjemny fragment prowadzący przez zagajnik i wśród pól. Szybka dokumentacja i zawrotka.

Spodziewałam się, że kolejny kierunek wylotowy z tego przysiółka będzie miał podobny finał, ale minęłam ostatnie domy, a asfalt ani myślał się kończyć. No to rura! Oczywiście w miarę widoczności na tej nieznanej wąskiej, pozawijanej drodze ;)

Przez kawałek ani krótki, ani długi jechało się naprawdę wyśmienicie – równo, pusto i przez aleję drzew. Tym niemniej dotarłam na peryferia kolejnej miejscowości, jeszcze nie wiedziałam jakiej (orientację w terenie zgubiłam gdzieś po drodze, ale i tak planowałam przejechać się tą nowo odkrytą dróżką jeszcze raz, więc gdzieś tam bym odnalazła moją zgubę ;) ).

Okazało się, że wieś owa posiada nawet nazwę – Składowice. Nic o niej dotąd nie wiedziałam poza tym, że mijam ją, jadąc na Lubin/Wrocław. Co mogłabym o niej powiedzieć po tej pouczającej podróży? Niewiele więcej :P Że mają ładny mural i mikroskopijny sklepik, w którym zaopatrzyłam się w śniadanie. Ale doczytując teraz co nieco, już wiem na przykład, że „najpiękniejsza karta historii miejscowości związana jest z osobą wybitnego uczonego, lekarza i filozofa – Jana Johnstona„. O, i już profit, już kolejna porcja wiedzy niepotrzebnej nigdy-nie-wiadomo-kiedy-mającej-się-przydać… ;) Aha, no i że pałac w ruinie – ale tu w co drugiej wsi taki jest.

Jako się rzekło, stamtąd zawróciłam, by jeszcze raz pokonać ładny odcinek oraz by w mijanym wcześniej lesie stanąć na popas śniadaniowy (drożdżówka & tymbark). Idealne miejsce w tym celu znalazło się koło tajemniczego głazu narzutowego (?) z wyrytym napisem Klapuś i datą. Pamiątka posadzenia drzewa? Nagrobek psa? Tego się nie dowiemy.

Natomiast osoby wykluczone instagramowo – a wiem, że jest Was trochę – mogą dowiedzieć się, jaka krótka relacja powstała na ig odnośnie tej wycieczki. Ostatnio głównie w tej formie daję upust swym znikomym zapędom twórczym, lecz są to twory ulotne, widoczne tylko dobę… Ale kto mi zabroni archiwizować sobie tu niektóre – te co bardziej udane, w mojej skromnej ocenie ;D

Zapraszam:

Mem na początku filmu odnosi się oczywiście do przeżywającej w owym czasie lekką niedyspozycję VFRy, która to miała przemyśleć swoje karygodne zachowanie i całą tę pożałowania godną sytuację z brakiem prądu za Jaworem, dlatego mała hondka doczekała się wyjścia na światło dzienne i w tras(k)ę…

A niniejsza wycieczka miała jeszcze dodatkowy cel – aby ustawić kobyłę do jakiegoś zdjęcia z polem maków, niestety o tej porze już przekwitających. Nic ciekawszego niż te przydrożne chabazie się nie trafiło, więc i to musiało wystarczyć. Acz ogólnie – jak to padło w podsumowaniu powyższej produkcji filmowej – cała eskapada bardzo na plus. Polecam, miejcie oczy i głowy otwarte :)

7 thoughts on “wycieczka: Prozaiczna

  1. Mnie tacy osobnicy nie wkurzaja. Mi jest ich zwyczajnie szkoda. Jak to ladnie napisal w 1932 roku Kornel Makuszynski:
    „I znów poszedl biedaczysko, po szerokim szukac swiecie tego, co jest bardzo blisko”.
    Ja moze dlatego, ze przeprowadzalem sie wielokrotnie i w rozne regiony, doceniam potencjal miejsc, w ktorych przyszlo mi zyc.
    Gdy sprowadzilem sie w obecny region, zapytalem sie „autochtonki”, co tu jest w okolicy ciekawego. Powiedziala mi wprost:
    „-Przeciez tu nic nie ma!”.
    Ona sama zawsze na urlop jechala do Hiszpanii, Wloch… Gdy wrocilem wieczorem z wycieczki po okolicy i pokazalem jej zdjecia, to nie mogla uwierzyc, ze zostaly zrobione w promieniu 30 km od jej domu…
    A wycieczkja swietna. Mural w stylu „losie na rykowisku” wymiata :) Dawno temu odwiedzilem domek klusownika, czlowieka ktory nigdy w zyciu sie zwyczajna praca nie skalal; sciany jego budynku wygladaly podobnie, ten sam styl w malarstwie :)

    1. Tak, chyba właśnie te doświadczenia przeprowadzkowe mają duży wpływ na taką postawę jak nasza. Cytatu nie znałam – a jakże celny… Nie wiem, czym się parają zawodowo autorzy tego dzieła, ale kłusowniczy nurt w malarstwie? To brzmi jak dobry temat na pracę naukową :))

      1. Cytat pochodzi z… Koziołka Matołka ;)
        A co do kłusownika – gość był niesamowitym oryginałem. To był materiał na habilitację. Piszę to z całą świadomością, mimo że jego hobby się brzydzę, lekko mówiąc.
        Ale gościa spotkałem może raz czy dwa w życiu. Do tego w czasach, gdy większości ludzi to w ogóle nie szokowało.

  2. W punkt! Też nie rozumiem ludzi którzy co roku pakują manele, żeby narzekać na upały w Egipskim kurorcie, leczyć sraczkę i siedzieć na leżaku co dzień nad tym samym basenem (bo w morzu meduzy)

    W mojej okolicy wiem dokąd prowadzi każda dróżka bo ideę eksplorowania najbliższej okolicy zacząłem wprowadzać w życie jakieś dwie dekady temu :-)
    Faktycznie, pięknych miejsc nie brakuje nigdzie – tylko trzeba umieć szukać. Z czasem tylko coraz dalej trzeba odjechać ale najciekawsze kryje się tam gdzie drogi najmniej uczęszczane.

  3. Blog dostępny, ale fajnie! :) I bardzo ładnie „odświeżony”, ale bez rewolucji, bo i po :) Cóż, moi przedkomentujący wyczerpali temat intelektualnych niedyspozycji osobnika piszącego ów post i pozostaje mi, jako praktykującemu sztukę objeżdżania własnego komina po całości, tylko przytaknąć. A także pogratulować autorce wpisu (dżizas, jakaś maniera mi się wkradła :P) zwrócenia uwagi na ten temat.

    I taka dróżyna niepozorna doprowadziła w takie miejsce.. Mural podchodzący pod dzieło sztuki, równie dobrze mógłby istnieć gdzieś w Łodzi, jako stolicy polskich dzieł tego typu (bo średnio wpasowałby się tematyką w łódzki industrial i chaos). Uwielbiam takie wiejskie sklepidła, a ten z tym okienkiem, warzywami i skrzyniami to wyjątkowy okaz :) Buła z takiego pewnie smakuje lepiej niż z normalnego :P

    Jako osoba wykluczona instagramowo doceniam wrzucenie takiego filmiku, bo fajnie uzupełnia całą relację. Ciekawy ten głaz z tym „Klapusiem”, któż to mógł być? Czy piesek właśnie, a może koń?

    Hondka bardzo ładnie się prezentuje w tych makach :)

    1. Witam w nowej odsłonie bloga, ale to dopiero początek zmian i mojej drogi przez mękę, żeby wszystko wyglądało i działało tak jak chcę ;D Na razie zmieniłam szablon, żeby lepiej było czytać na telefonie, bo ten poprzedni już nawet mnie denerwował, jak coś sprawdzałam, a co dopiero P.T. Czytelników ;)
      Znalezisko wiejskie rzeczywiście przednie, aczkolwiek buły w sklepie pochodziły z Lidla :D Ale na takie z własnego wypieku też udaje mi się trafić, tyle że podczas dystrybucji – świeżutkie, dopiero co przywiezione… Te to dopiero smakują, jak już od paru godzin wcześniej mi pachną z każdej mijanej piekarni, też zaczynającej pracę w nocy :) Choć i taka lidlówka, ale skonsumowana w lesie, w podróży, to też co innego (podobnie jak klasyczne kanapki z pasztetem, pomidorem i cebulą – tylko w górach mają ten niepowtarzalny smak, zaś w domu – kompletnie nie :P).

Skomentuj Kuba Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *