wycieczka: Szybowcowo-sakralna

Niestety nie będzie to opowieść o ponownym bezsilnikowym wzbiciu się w powietrze (poprzednie TU i TU), ale i to kiedyś nastąpi, tylko znajdę, gdzie są dostępne loty widokowe szybowcami w terenach okołogórskich, a nie nad plaskatym Lesznem.

…no więc tytułowa Szybowcowa jest to mianowicie góra. Jedna z 30 wymaganych do zdobycia Korony Kaczawskiej. Ale ja znów nie o tym… ;) Z racji dość wąskiego sprofilowania na turystykę zmotoryzowaną, patrząc na mapę, raczej nie zwracam szczególnej uwagi na takie właśnie obiekty terenowe jak górskie szczyty, ale w tym przypadku przeoczyłam jedną istotną rzecz – że na wierzchołek tejże konkretnej góry prowadzi asfaltowa droga! Wyszło to przypadkiem, gdy znajomy polecił mi to miejsce, wspominając, że wjechał tam swoją hondką (tą bliźniaczką mojej CB). I że widoki. Say no more, jadę!

Rzecz dzieje się roku pańskiego 2019, w samym środeczku lata. Jest koniec lipca. Jest więc ciepło, bardzo ciepło. W k… ciepło. Jaki zatem pojazd wybieram na tę podróż? Pan w swetrze podnosi rękę, proszę: „czerwoną hondę” – tak, to dobra odpowiedź, choć mało precyzyjna. Proszę bardzo, pani chce uściślić? „Najbardziej adekwatny”? Haha, wyczuwam sarkazm, bardzo dobrze, tak, jesteśmy coraz bliżej właściwej odpowiedzi, aby więc nie przedłużać, podam rozwiązanie tej zagadki: postanowiłam wybrać się tam VFRą. Co w tym nieadekwatnego, ktoś spyta? Bardzo słuszny wybór, trzeba wszak pokonać spory kawał ekspresówką, szybki motór jak znalazł. Tyle że ten konkretny szybki motór w połączeniu z tropikalną aurą jest zabójstwem dla tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Jak już wspominałam TUTAJ i TUTAJ, i będę pewnie przy każdej nadarzającej się okazji, podczas jazdy latem VFRą tej generacji (RC24/II) dwa tylne cylindry grzeją pod siedzeniem tak niemiłosiernie, że w głowie kołacze się tylko wątpliwość, czy z człowieka najpierw wytapia się tłuszcz, czy ścina się w nim białko…

Na szczęście rozwikłanie tego zagadnienia nie stało się moim udziałem, ale sama jazda w takiej niepewności (i temperaturze) wymęczyła mnie na tyle, że niemalże u celu – w Jeżowie Sudeckim – po obowiązkowym lekkim pobłądzeniu w uliczkach tej zamotanej wsi, zatrzymując się na skrzyżowaniu, ja opadłam z sił, a motocykl opadł w subtelnym omdleniu na prawy bok. Coś gdzieś źle podstawiłam do wzoru, nie utrzymałam ciężaru (226 kg) i stało się. Znaczy w zasadzie nic się nie stało, zgubiłam wtedy jedynie kedrę od owiewki i troszkę paliwa się ulało już nie pamiętam którędy… Nie potrzebowałam jednak w tamtym momencie już żadnych soli trzeźwiących, adrenalina kopnęła wystarczająco – wiedziałam bowiem, że mam tylko jedno podejście, żeby samodzielnie postawić kobyłę do pionu, tylko na jeden zryw wystarczy siły… Bo techniki zaprezentowanej poniżej nie miałam opanowanej jakoś wybitnie, wyłącznie w teorii. Szczęśliwie, prawa wywrotka jest lepsza do podnoszenia – rozłożyłam boczną nóżkę i nie musiałam się przejmować, że przegibnę za daleko.

Po spionizowaniu maszyny skierowałam się na pobliskie pobocze, ku wytchnieniu w odrobinie cienia… Granica komfortu cieplnego pod kaskiem i ciuchami została już dawno sforsowana i to w brutalny sposób. Lato nie nadaje się do życia ani do jazdy, ani do niczego. Kto twierdzi inaczej – argumentując, że upały są super i czuje się wtedy świetnie – zapraszam wypier… :P Wiosna i jesień pany!

No ale do brzegu. Na szczyt, znaczy się. Wjechałam tam w końcu, by natychmiast odkryć, że jest to widokowa owszem, ale patelnia bez skrawka cienia. O, losie… Zostawiłam kobyłę koło jakichś paru drzew na krzyż, na uboczu i oddałam się rozkoszom wzrokowym. Aby podzielić się tymiż z Szanownymi, poczyniłam zdjęcia mające stworzyć panoramę, ale jako że nie jestem w stanie sensownie tego skleić, to będzie – niby że celowo – taka awangarda :P

Wiadomo, widok na Jelenią i Góry Olbrzymie to klasyk i klękajcie narody. Na drugą stronę jest już trochę mniej imponująco, ale też spoko…

Poza strawą dla oczu, można też nakarmić cielesną powłokę – jest tu bar, chyba nawet jakieś noclegi. A przede wszystkim znajduje się tu hangar Aeroklubu Jeleniogórskiego. Nazwa niniejszej góry oczywiście nie jest przypadkowa ani po prostu nadana „ku czci” – jest to faktycznie znane szybowisko, na którym piloci mogą latać rekordowo wysoko dzięki fali karkonoskiej. Szybowiec znajduje się również w herbie gminy (fotka z zimy akurat).

Stamtąd skierowałam się do Lubiechowej, spróbować szczęścia, czy przypadkiem tamtejszy zabytkowy kościół nie będzie otwarty, co by obejrzeć średniowieczne polichromie ze smokiem. No i św. Jerzym też ;) Żeby nie turlać się z powrotem przez Jelenią Górę, odbiłam w Jeżowie na wioski i przepiękną drogą przez Płoszczynę dojechałam do Dziwiszowa i na przełęcz Widok zwaną Kapellą. Od paru lat niestety agrafki na tym odcinku są sfrezowane – nie wiem, czy w oczekiwaniu na remont drogi, czy dla poprawy przyczepności, czy żeby ukrócić wyczyny niektórych motocyklistów… W każdym razie słabo się tamtędy teraz jedzie na dwóch kołach.

A kościół oczywiście był zamknięty, więc malowidła można obejrzeć np. TUTAJ.

Tu się nie udało, ale łaski bez…  Jak wiemy, okolica obfituje w średniowieczne polichromie (LISTA nr 1, LISTA nr 2), obrałam więc kierunek na Świerzawę i po paru minutach zameldowałam się w rozkosznie chłodnym wnętrzu kościoła-muzeum, dawniej pw. św. Jana Chrzciciela i św. Katarzyny Aleksandryjskiej.

Jest przynajmniej kilka ważkich powodów, dla których warto zatrzymać się w tym niepozornym miejscu o wyjątkowej historii – poza powodem najważniejszym, czyli że jest tam latem chłodno :P – mianowicie np. dlatego, że jest to budowla romańska, a więc tylko trochę młodsza niż drewniane budy w Biskupinie, i przetrwała do naszych czasów w niemalże niezmienionym kształcie (czyli bez żadnych barokowych dobudówek i innych pierdół). Albo dlatego, że te polichromie (katolickie) PLUS również zdobiona drewniana empora (ewangelicka). Wszystko w jednym miejscu! Dokładniej możecie poczytać o tych ciekawostkach u mądrzejszych ode mnie, np. na Sekuladzie. Polecam również konkretne podsumowanie na stronie Villi Greta, jak zawsze pięknie ozdjęciowane – w tym również z wieży kościoła (czemu ja na nią nie wlazłam? Dziwne…).

Warto przejść się również po terenie przykościelnym (nadal w przyjemnym cieniu) – na murze stworzono małe lapidarium, można też poszukać kamienia cholerycznego.

Dochodziła godz. 17, więc nadal srogi gorąc, niespieszno mi zatem było w drogę powrotną ekspresówką, by przeobrażać się tam z wolna w formę skwarki… Na szczęście niewielka Świerzawa ma do zaoferowania jeszcze dwa kościoły ;) Warto było sprawdzić, czy i w nich da się zbić temperaturę organizmu. Wychodzi na to, że tylko pogoda jest mnie w stanie tam zagonić. No i babcia – w ramach misji „koszyczek wielkanocny” ;) Jeden niestety był zamknięty, a drugi oferował tylko zakratowany przedsionek. Pozostała ostatnia deska ratunku – pyszne lody włoskie z małej lodziarni po schodkach, polecam!

I to było na tyle tym razem. Jak na te warunki atmosferyczne, to uważam, że i tak dużo ;D

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *