wycieczka: Umajone Kaczawskie #1

Wiosna idzie, mili państwo (ale jeszcze nie w ten weekend). A co to za wiosna bez bzu? – kto chce, nuci razem z Andrusem. I bez rzepaku? – dodałabym od siebie. I całej reszty majowych kwiatów, najlepszych, bo rozkwitających jedne przez drugie, na wyścigi, w końcu po burej suce zimie! Lecz tak się szczęśliwie składa, że wśród zaległych materiałów mam coś właśnie na tę okazję.

Wycieczka to była szczególna i z dawna sobie obiecywana. Nastała majówka 2019, zaskakująco nierobocza i chciałam pokręcić się wokół Ostrzycy. Ów sezon zaczynałam z pewnymi obawami, jako że było to przed wizytą u kręgarza, który potem na szczęście naprostował trochę szajs, jaki narobił mi się (sam…) w plecach. Ale ruszając wtedy w okolice ni to bliskie, ni dalekie, cudów się jeszcze nie spodziewałam, natomiast z duszą na ramieniu czekałam, kiedy w trakcie jazdy odezwie się drętwienie nóg. Stało się to po jakichś 70 km, więc pierwszy postój zaliczyłam jeszcze przed Złotoryją. Ale już w rzepaku :D

Niekwestionowana gwiazda wiosennych pejzaży, niczym słońce rozlane na polach po horyzont… i ten zapach ;D Niepodrabialny, ale można polubić. Ja to mam nawet rzepakowe kosmetyki, zupełnie spoko ;)

Stąd już było całkiem blisko do mojego celu. Nie była to jednak Ostrzyca sama w sobie – ją dane mi było zdobyć dopiero później – była tu jednak dość istotnym kontrapunktem krajobrazowym. Charakterystyczna i nie do przeoczenia, należała się jej więc pamiątkowa fotka. Lub kilka ;)

Natomiast miejscem, do którego zmierzałam, były moje szczęśliwe ruiny. Nigdy tam nie byłam, skąd zatem sentyment? Bo to dzięki odgadnięciu lokalizacji pałacu „dolnego” w Sokołowcu wygrałam lot balonem w fejsbukowym konkursie :) Znacząco pomogły też informacje ze strony, którą traktuję jak krajoznawczą encyklopedię – tam też skierujcie się po fakty i archiwalia.

Popałętałam się chwilę po smutnych resztkach, udało mi się nie połamać nóg i nie oberwać żadną cegłą. Zwiedzanie osładzał jedynie pachnący cudownie bez… Dla purystów botanicznych: lilak ;)

Dalej, o ile pamiętam, moja niewymuszona żadnym planem trasa wiodła genialnymi dróżkami Gór Kaczawskich, zaraz przy Parku Krajobrazowym Doliny Bobru. Rząśnik, Janówek, Chrośnica i zawrotka ku Lubiechowej. Jedynie w tej ostatniej nawierzchnia zawodzi, ale za to są inne atrakcje. Np. stara tabliczka miejscowości ;P A tak serio, to warto zobaczyć m.in. romański kościół z polichromiami. Tak, słusznie kojarzycie pobliską wieżę w Siedlęcinie. Takich średniowiecznych malunków jest tu ogólnie więcej, polecam tę mapę (9 punktów) lub oficjalną stronę całego szlaku, jeszcze w budowie (7 punktów, nie wiedzieć czemu…). Samych malowideł nie udało mi się zobaczyć, ale przecież na moim blogu świat się nie kończy – zapraszam tutaj po wyczerpującą fotorelację ;) W Lubiechowej jest ponadto pałac (odbudowywany, zdaje się) i kamieniołom (coś dla geoturystów).

…a dalej, nie zgadniecie, jeszcze więcej rzepaku! Nigdy za wiele :)

Choć chciałoby się, nie można pławić się w takich widokach w nieskończoność… Czas do domu. W drodze powrotnej zatrzymałam się jeszcze w Nowym Kościele, przy rzucającym się w oczy szyldzie (zwłaszcza jak się siedzi w branży ;D ) baru Grafik. Nie byłabym sobą, gdybym nie postanowiła sprawdzić, co to za kamienny murek majaczy przy końcu bocznej ulicy. Okazało się, że okala on teren zrujnowanego kościoła, ale to miejsce (i sporo kolejnych hitów z tej okolicy) pokażę następnym razem, gdyż w tym momencie padła mi bateria w aparacie, a zdjęcia z ówczesnego telefonu do publikacji się, no… nie nadają ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *