pozwiedzane: Skansen w Ochli

Ten wpis miał powstać ohoho albo jeszcze dawniej ;) Po paru miesiącach mogłam jeszcze mieć wymówkę, że trzymałam ten kawałek zimy dla ochłody przy wakacyjnych upałach (choć w tym temacie nawet nie mam co startować do White Wolf – Śniegiem po oczach ;) ). Ale lato minęło, przyszła kolejna, powiedzmy, zima… Na szczęście bezśnieżna – więc nawet teraz mam dobre wytłumaczenie ;) Zdjęcia czekały, żeby dodać trochę zimowej atmosfery temu niewydarzonemu lutemu ;)

Wycieczka miała miejsce rok temu, też na przedwiośniu już prawie, ale jak raz – trafiło się, że akurat owej soboty nawaliło śniegu za cały sezon. Jak na nasze równinne warunki, oczywiście, czyli trawa przebijała się przez te „zaspy” ;) Ale i tak białego było wystarczająco dużo, by wczuć się w klimat „jak to dawniej się zimą żyło”. Na tyle, na ile można to sobie wyobrazić…

Skansen jest jednak na tyle duży, że wiele wyobraźnią nadrabiać nie trzeba. Stojąc wśród chat i obejść, można się poczuć jak w prawdziwej wsi, tylko ładniejszej, bo całej drewnianej. Realizm może też dodatkowo wyskoczyć zza węgła stodoły i ugryźć zwiedzającego – dajmy na to – w łokieć. W przenośni ;) Tak jak mnie, bo nikt nie uprzedzał, że… część domów jest normalnie zamieszkana!

Wędruje sobie człowiek powolnym turystycznym krokiem, zagląda do kurnika bądź piwniczki, mija wejście do chałupy – a z niej nagle wychodzi jakaś pani, ewidentnie oderwana na chwilę od kuchennej roboty. Uprzejme „dzień dobry” załatwiło temat najścia polubownie, ale serio – tabliczki, że „teren prywatny” są kompletnie niewidoczne. Zwłaszcza jak nikt się nie spodziewa ich tam zastać. Już większą podpowiedzią mogą być współczesne śmietniki koło płotu, ale zanim to człowiek skojarzy i doda dwa do dwóch… Wy zatem, drodzy Czytelnicy, czujcie się ostrzeżeni ;)

Zwiedzanie zimą ma plusy dodatnie i ujemne. Jest na pewno puściej, ciszej, nastrojowiej, ale niestety wnętrza niektórych chatek są w tym czasie niedostępne, otwartych jest tylko kilka. Dlatego na pewno warto zaglądać tu w różnych porach roku, a jak komu niestraszne dzikie tłumy, to może nawet wpaść podczas jednej z imprez typu „historia na żywo + festyn i targi zdrowej żywności”. Próbowałam kiedyś podczas święta miodu, ale długość kolejki do kas mnie pokonała…

Tym zimowym razem było raczej pustawo. Uśpione zagrody, kocie ślady na śniegu, cisza z gatunku tych uspokajających… Nawet w tę dupną porę roku można coś przyjemnie pozwiedzać :)

Właśnie – zwiedzanie… Wraz z nabyciem biletu można podjąć własnego, osobistego przewodnika – niestety nie w postaci przystojnego bruneta (czy rudego, jak kto woli), lecz gadającego pudełka do zawieszenia na szyi :P Jest to rzecz pomocna, choć i tak idąc za wskazówkami, udało mi się zgubić trasę i potem szłam jak popadnie, losowo odsłuchując informacje o pochodzeniu chatek i życiu pod strzechą.

Domki są generalnie z dwóch regionów Polski – wschodniołużyckie i zachodniowielkopolskie. Zanim jednak do nich dotrzemy, wita nas gromada rzeźbionych ludków – trochę pogaństwa, trochę szopki bożonarodzeniowej, a nawet jeden Gandalf ;)

Po minięciu dwóch czy trzech pierwszych domków, w oczy rzuca się wieża winiarska na wprost. Nietypowa budowla, chyba że ktoś się wychował w tej krainie winem płynącej, to może po wsiach jeszcze takie stoją równie pospolicie jak gdzie indziej resztki wiatraków… Wokół niej przekrój akcesoriów branżowych – od prasy, przez megabeczki, po piwniczkę. Jest nawet poletko pełne winorośli. W sezonie pewnie to wszystko ożywa na jakimś festynie z okazji winobrania.

Dawno temu przydarzyło mi się obejrzeć – chyba koreański – film pt. „Pusty dom”. Że ktoś sobie pomieszkiwał w cudzych mieszkaniach, pod nieobecność ich właścicieli, ale nie wadząc nikomu. Korzystał z mebli czy ubrań, ale za to coś naprawił, o coś zadbał… W tych chatkach można poczuć się podobnie. Jakby ich lokatorzy akurat wyjechali na urlop (no wiem, że już na tym etapie to abstrakcja, bo kto słyszał o rolniczym urlopie…), a my zaglądamy do ich zostawionych na chwilę pokoi – z pełnym wyposażeniem dającym pewien obraz, jak się tu żyło. Jednak na nic więcej niż zaglądanie nie można liczyć, większość pomieszczeń jest zakratowana, więc tyle, co zobaczymy od progu, to nasze. W jednym udało mi się przynajmniej wymacać kontakt, żeby włączyć światło.

Kiedy człowiek, wciągnięty w ten nastrój pełen ciszy i chrupiącego pod butami śniegu, już się pomału przyzwyczaja do swoistego „wymarcia” wioski, za jednym z płotów dostrzega kędzierzawy łeb. A obok drugi. Kopytne wełniaczki nie są jednak skore do zawierania bliższej znajomości. Pewnie nauczone, że obcy nie ma im do zaoferowania nic lepszego, niż już dostały do żarcia. Gdyby moje psy miały tyle rozumu, co one…

Mijając po lewej zachwycające domy przysłupowe, a po prawej wypasione zagrody bamberskie, zbliżamy się do jednej z ostatnich chat dostępnych do zwiedzania (dalej jest chyba jeszcze jedna, ale zamieszkana).

Ta jest ze wsi Łomnica i urządzono w niej sklep korzenny oraz wystawę historycznych fotografii. Jest to więc coś zupełnie innego niż wcześniejsze wnętrza. Taki bonus na koniec ;)

Spacer coraz bardziej mnie wkręca w nastrój zimowej sielanki, ale dnia ubywa, zaraz będą zamykać, więc galopuję oddać w kasie audioprzewodnik i… wracam jeszcze na drugą rundkę, już na pusto – teren skansenu można opuścić nawet już po zamknięciu kas (tutaj cała rozpiska godzin).

Skansen wyciąga z człowieka jego prawdziwą naturę – tak jak na jednym ze zdjęć wyszło, że siedzi we mnie klasyczna „wiejska baba”. To prawda, marzę o życiu wypełnionym sianiem kwiatków i hodowlą kaczek (biegusów). Ale bez tych cięższych prac polowych ;)


A na koniec – już nie ode mnie – szersze widoki z lotu drona i przy okazji zieleńsze można popodziwiać w tych krótkich, ale przyjemnych dla oka filmach:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *