wycieczka: Dookoła Dolnego Śląska (dzień 3.)

I nadszedł ostatni dzień mojej tułaczki. Najlepszy i najgorszy zarazem. Począwszy od rana było najlepiej na świecie, wydawało się, że lepiej być nie może, no że nie da się po prostu… W istocie – w drugiej części dnia było głównie gorzej :P Gorąco, płasko, nuda, ogólnie – szkoda gadać… No to Wam opowiem ;)


Pobudeczka rano przed wszystkimi. Sama nie wiem, jak mi się to udało. Obudzić się i wstać. Dziwne uczucie dla kogoś, kto codziennie rano przestawia „drzemkę” co najmniej 10 razy… Ale widocznie świeże powietrze bez arsenu dobrze wpływa na poranny rozruch ;) W każdym razie skoro świt po godz. 7 wytoczyłam się na dwór i po krótkiej kontemplacji poranka, z przerwami na rozdzierające ziewanie, przystąpiłam do okresowej kontroli technicznej pojazdu. Takiej z grubsza ;) W swej naiwnej ocenie uważałam, że górska włóczęga jest dla hondki niesamowicie wyczerpująca, więc na wszelki wypadek popsiukałam łańcuch smarem, zajrzałam do oleju, czy nie ubyło… No i tak jakoś na moje kaprawe oko wyglądało, jakby było trochę mniej…   I teraz pytanie – czy „podłoga” jest tu aby na pewno równa, czy jednak faktycznie się zużył?… Po krótkich rozważaniach, również nad stanem posiadanego paliwa, komisyjnie (ja i moje wszystkie alter ego) podjęłam decyzję – jedziemy na stację. Lepiej mieć coś w zapasie niż nie mieć. Nie da się ukryć, że istotnym argumentem była też „konieczność” przejechania się tą malowniczą drogą, co wczoraj, jeszcze dwukrotnie :D

Na stację trafiłam dopiero w Ratnie Dolnym. Paliwo mieli, lecz w asortymencie olejów nie było takiego do archaicznych hond. Pani zasugerowała mi dobrze zaopatrzony sklep w Ścinawce, lecz internety oznajmiły, że będzie czynny dopiero od 9.00. No, a przez te 1,5 godziny co? Czekać mam tam pod drzwiami? Rozmyślając, co czynić, sprawdziłam jeszcze raz ten poziom oleju dla pewności. No i proszę – wcale nie spadł, czyli jednak krzywo stała… No to tym lepiej, można ruszać!

Na drodze spotykałam pojedyncze auta, zapewne tych, co zmierzali do pracy, a poza tym – nikogusieńko. Tak to można jeździć… :) Przeturlałam się więc znowu spacerowym tempem wśród Radkowskich Skał, minęłam ponownie skręt na Pasterkę i po krótkiej chwili wylądowałam w Karłowie. Wsi składającej się głównie z parkingów i ośrodków wypoczynkowych ;) Stąd startuje najpopularniejsze wejście na Szczeliniec. Mnie jednak interesował w tej chwili niepozorny skręt zdawałoby się w las, a tak naprawdę hen, gdzieś tam na końcu – po ponad 5 km serpentyn i trawersowania stromego zbocza – do Ostrej Góry.

Miejsce ciekawiło mnie, bo raz, że kolejny ślepy (jak mi się wydawało) przygraniczny zaułek, do którego prowadzi kręta droga to atrakcja, jakich mało… W sensie – że mało dla kogo ;) Ale dla mnie bardzo. A po wtóre – miejsce o nietypowych losach. Wyludniona wieś, w której powstał wojskowy ośrodek szkoleniowy, nieoficjalnie funkcjonujący jako miejsce „zsyłki” nieregulaminowych żołnierzy z wrocławskiej szkoły oficerskiej, przez co ileś tam lat był to teren w ogóle odcięty od normalności. Obecnie bardziej dostępny, choć nadal szkoli się tu piechota górska, tym razem dusznicka. Większej zachęty mi nie trzeba.

Zniechęcający był natomiast już sam początek owej Machowskiej Drogi. Gdyby zerwana nawierzchnia była za mało sugestywna, dodatkowo straszyło oznakowanie mówiące o szeroko zakrojonych robotach drogowych i zakazie ruchu… ale tylko w dni robocze. Jako że – przez słabość do krajobrazów, zostałam na noc w Pasterce – szczęśliwie zastała mnie w tym miejscu sobota, czyli… chyba droga wolna? Choć rozumowanie to miało silne znamiona logiki, wciąż nie wiem, czy przejazd był legalny – ale żadnym drogowcom w szkodę nie weszłam, więc szczególnych wyrzutów sumienia nie mam ;)

Na początku jechało się normalnie – droga ani wąska, ani szeroka, resztki asfaltu prześwitywały gdzieniegdzie, więc jazda była dość pewna. A potem – paradoksalnie – niby z górki, ale zrobiło się „pod górkę”. Asfalt zanikł zupełnie, został szuter i luźne kamienie, do tego doszły urwiska zaczynające się zaraz za krawędzią drogi, zakręty, agrafki i coraz węziej… Chyba oczywiste, jaki kierunek obrała moja wyobraźnia? ;) Wszelkie możliwe scenariusze uślizgów i wywrotek z finałem na samym dnie leśnej otchłani towarzyszyły mi przez cały zjazd ku Ostrej Górze :P

Na szczęście sceny niczym z bollywódzkich filmów akcji nie ziściły się tym razem i w nudny, konwencjonalny sposób dojechałam do przejścia granicznego ;) Sama Ostra Góra to rzeczywiście parę budynków na krzyż, parę tabliczek, że teren wojskowy i poza tym tylko cisza, spokój… Dzwonnicę alarmową niestety przeoczyłam, skupiając się na utrzymaniu pełnej mocy swoich nikłych umiejętności jazdy terenowej ;) Słowem – niewiele do oglądania. Choć jak na tak zapomniane miejsce, budzi zaskakująco wiele wspomnień, patrząc po komentarzach np. tutaj. A jeszcze więcej – u „niemieckich” czy też „kłodzkich” Czechów, którzy tu żyli, a zostali w czasie wojny wypędzeni. Świadkami tamtych czasów są ci, którzy byli wtedy dziećmi, a to, co pamiętają, opowiadają np. w tym reportażu.

Wracając do współczesności… Na granicy miła niespodzianka – skończył się polski szuter, a zaczął czeski asfalt. Wahałam się krótko. Mając do wyboru powrót pod górę trasą niczym przez marokańskie bezdroża, tylko po to, by jechać dalej znaną Szosą Stu Zakrętów – oczywiście, że wybrałam nieznane. Nieznane z ładnym asfaltem ;) A jak tak teraz sprawdzam internety, to okazuje się, że miałam szczęście potrójne… Raz, że przy okazji tej paniki olejowej zatankowałam, więc rezerwa nie wisiała mi nad głową jak kat nad dobrą duszą. Dwa, że dojechałam tu w sobotę i droga była przejezdna. I trzy, że jednak nie przyjechałam tu dwa lata temu, bo wtedy przejście graniczne wyglądało tak… że go właściwie nie było. Czyli jednak nic się nie dzieje bez przyczyny – przynajmniej podczas tej wycieczki.

Podobno w listopadzie droga ma być już zrobiona, więc nawet doliczając tradycyjne opóźnienia, w przyszłym roku można będzie jechać sprawdzić, jak im wyszło.

Ucieszona tak korzystnym obrotem spraw, ruszyłam w owo nieznane, nie przeczuwając, że już po kilku chwilach będę zbierać szczękę z tego wyśmienitego asfaltu. Nie, nie wyglebiłam – choć to byłoby, swoją drogą, zachwycająco absurdalne, by po pokonaniu szutrowych zawijasów, zrobić przyziemienie na równej drodze :P Ale jak mówię – opad szczęki spowodowany był doznaniami wzrokowymi, gdyż trafiłam do Machovské Lhoty – położonej tak przecudnie w dolinie i tak uroczej samej w sobie, że nawet teraz mi słabo na samą myśl…

A co najlepsze – turlając się tak powoli i kręcąc głową dookoła, wypatrzyłam dzwonniczkę! Pierwsza i do tego taka piękna…

Nie wiem, czy to kwestia pory roku, czy tzw. „magia chwili”, czy diabli wiedzą co jeszcze… Jedno jest pewne – nawet w Pasterce nie zostawiłam serca tak jak tu ;) Plus dobra informacja jest taka, że choć przysiółek mały, to ma własny pensjonat U Lidmanů, gdzie też ponoć nieźle karmią. Trzeba tu wrócić.

Z ciężkim sercem ruszałam w dalszą drogę. Na domiar złego zaraz po wjeździe do Machova zastopowały mnie kolejne roboty drogowe i… brak przejazdu! No nie no, to jednak mam wracać? Nie dałam się łatwo zniechęcić i skręciłam gdziekolwiek, żeby spróbować objechać remont. No przecież lokalni jakoś się tu poruszają, to musi się dać… I owszem, okazało się, że rozkopany jest krótki fragment i kilka ulic dalej wyjechałam już z powrotem na moją trasę. Oczywiście pusząc się z dumy, z samozwańczo nadanym sobie tytułem Nawigatora Roku :P

Jadąc dalej przez Nízkou Srbskou, zastanawiałam się, czy to pozostałości dawnej niemieckości, czy po prostu tak mają, ale od granicy nie widziałam wśród domów chyba ani jednego pierdolnika, żadnego nieporządku… A koszenie trawników jest tu chyba jeszcze bardziejszym sportem narodowym niż u nas. W każdym razie wygląda to wszystko bardzo miło dla oka, pozazdrościć można.

Droga wywiodła mnie w las, ale nie na długo, bo zaraz trzeba było skręcić na Vysokou Srbskou. Jak się okazuje, wieś nazwano tak nieprzypadkowo, bo zaraz po wjechaniu do niej droga zaczęła się wspinać do góry. Coraz wyżej i wyżej… Zredukowałam biegi chyba do trójki i jakoś wczłapałam, ale trzeba przyznać, że ktoś tu się nie pier*** w tańcu… Trzeba zrobić podjazd pod stromą górę? Proszę bardzo. Jeb! 18% nachylenia… Niezliczoną ilość razy się zastanawiałam i zawsze będę się zastanawiać, jak ci ludzie żyją w takich górach zimą…

Jak już wjechałam na tę górkę, to dalsza droga okazała się tak malownicza, aż trudna do zniesienia. Gula w gardle, w oczach łzy… Dla takich chwil… ;) Zdjęcia nic nie oddadzą, ale słowo daję.

W takich okolicznościach znalazłam się w miejscowości Žďárky, z powrotem blisko granicy. Czas zastanowić się, jak tu wrócić na polską stronę – nie chciałam wszak pchać się do Náchodu, do miasta. Stanęłam gdzieś w połowie wsi, żeby spojrzeć na mapę. Nie zdążyłam jeszcze dobrze jej przestudiować, a z posesji dwa domy dalej przywędrował skory do pomocy człowiek. Zagadał, ja zapytałam, czy w Malé Čermné jest możliwy przejazd do Kudowy, powiedział, że tak, że wszyscy jeżdżą, więc usatysfakcjonowana ruszyłam w tamtym kierunku.

Jakież było więc moje zdziwienie, gdy na przejściu granicznym wyglądającym jak zwykła uliczka o długości rzutu kamieniem – i to przy niezbyt mocnym zamachu – powitał mnie ulubiony przygraniczny znak Czechów, tj. B 11 – Zákaz vjezdu všech motorových vozidel. No, czy oni są niepoważni?! Odległość taka, że jak splunąć, to się obślini polską trawę, a nie można, bo tylko ruch pieszo-rowerowy i/lub dla zameldowanych w najbliższej okolicy… No ale żeby nie było – pojechałam dalej, bo może ten właściwy przesmyk jest gdzieś obok. Trafiłam na kolejny stromy, brukowany podjazd – tym razem krótki i do tego ślepy, bo prowadzący tylko do mieszczącego się na tej górce domu spokojnej (?) starości.  No, to czyli nie ma innego przejścia. I teraz co? Jechać, nie jechać? Trochę głupio tak na bezczela, przecież to w małym, bo małym, ale centrum miejscowości. No i cóż mogę rzec… Tylko confiteor, niczym Przybyszewski…

Teleportowałam się zatem do Kudowy, obeszło się bez pokuty od policji ;) I natychmiast obrałam kierunek – wyjazd. Wprawdzie ostatni raz byłam tu jako dziecko (ale za to wielokrotnie), jednak zwiedzanie miast w czasie wycieczki objazdowej to słaby pomysł, zwłaszcza w dniu, w którym chce się pokonać 500 km, do tego przemieszczając się w tempie mało żywiołowego muła.

Na tym etapie można odbić w Lewinie Kłodzkim do Olešnici v Orlických horách i podążać wzdłuż granicy stroną czeską (raczej zalesiona) albo dopiero na przełęczy Polskie Wrota skręcić na Zieleniec i Autostradę Sudecką. Wybrałam tę drugą opcję, bo dłużej jedzie się przy samej granicy. Wprawdzie trzeba minąć szpetny, pocięty wyciągami i upstrokacony szyldami Zieleniec, ale widoki z góry ładne. Ładny jest też tu kościół i tylko on. Resztę budowli chciałoby się odzobaczyć. Dalej droga prowadzi z grubsza po płaskim lub lekko w dół, ku dolinie Dzikiej Orlicy.

Pojazdów silnikowych spotykam nadal niewiele – jest wciąż dość wcześnie, ledwo po 10:00 – za to całą masę entuzjastów pedałowania we wszelkich konfiguracjach. Solo, grupowo, nawet tandem w wydaniu sportowo-szosowym (nie wiedziałam, że istnieje coś takiego – i wcale nie było mi jakoś specjalnie źle z tą niewiedzą…). Dłuższy czas turlam się za busem teamu CCC z przyklejonym do jego tylnego zderzaka kolarzem – pierwszy raz widzę tę formę treningu na żywo. Fascynujące. Bus prawie nie hamuje, bo droga prowadzi łagodnymi co najwyżej łukami, zresztą sportowiec za nim nic nie widzi – jakikolwiek gwałtowny manewr byłby opłakany w skutkach. Niesamowite zgranie, ciekawe czy mają jakąś łączność na interkomie, czy radzą sobie telepatycznie… ;)

Jadą jednak na tyle żwawo, że nie opłaca mi się ich wyprzedzać – przez ten czas oglądam sobie krajobrazy ;) Dookoła dzikość i odludność, stoki Gór Bystrzyckich po lewej i Orlickich po prawej otulają drogę, przez co wydaje się, że cywilizacja jest lata świetlne stąd. Cały czas też wypatruję, czy da się gdzieś zjechać bliżej strumyka. Dzika Orlica nieustannie miga po prawej i kusi. Niestety, po drodze nic dogodnego nie ma – okazja trafia się dopiero w Niemojowie. Drogowskaz na przejście graniczne i widok mostka wywołują odruch bezwarunkowy i po chwili już obozuję przy szemrzącej wodzie.

Dodatkową radość budzi fakt, że według tego, co głosi słupek, znajduję się… w Czechosłowacji ;) Nie sądziłam, że moja podróż będzie też w czasie, a nie tylko przestrzeni ;)

Niedaleko od tego miejsca polska droga oddala się od granicy, więc zostaję po czeskiej stronie. I jest to nadzwyczaj dobre posunięcie. Mniej więcej na wysokości Lesicy, gdy nasza szosa porzuca tereny ściśle przygraniczne i skręca do Międzylesia, na czeskiej ziemi trafiam w iście filmowy plener.

Mnie najbardziej urzeka mostek i droga, wiadomo, ale generalnie najważniejsza jest tu ta wielka skała – to Zemská brána. Stanowi ona przełom Dzikiej Orlicy i powód utworzenia tu rezerwatu przyrody. Okolica jest ciekawa nie tylko pod tym względem, ale również historycznie. W dawnych czasach strach byłoby się tu znaleźć, będąc przykładnym obywatelem np. monarchii Habsburskiej, gdyż najprościej mówiąc, kwitł tu przemyt. Pašerácká lávkaLedříčkova skála czy też Čihák – te nazwy nie wzięły się znikąd. Ta ostatnia – od czyhania na kupców, obecnie to pobliska osada. Pierwsza oznacza „przemytniczą kładkę„. Ledříček zaś miał swoją „skryjówkę” w nazwanej jego imieniem skale, a nazwanej dlatego, że był nie byle kim, lecz tutejszym Janosikiem. Te pełne swoistego romantyzmu historie w połączeniu z urzekającym krajobrazem mogą pobudzić wyobraźnię. Obowiązkowy punkt w tej okolicy.

Droga za Čihákem wychodzi z lasu i ponownie otumania przestrzenią, zakochuje w krajobrazie…

Jadę sobie w tym rozanieleniu i gdy wreszcie natrafiam na niewielką serpentynkę, zaraz za nią staję jak wryta. Szczyt o wdzięcznej nazwie Kamyk (731 m n.p.m.) to kolejny punkt widokowy, ale jaki…

W tym miejscu spokojnie mogą paść mocne słowa. Może nawet „son of a biscuit” :P Taka panorama i taka droga w dół usprawiedliwiają wszystko ;) Czuwał chyba nade mną sam Rampušák (duch tutejszych gór), że wybrałam tę trasę. Miłość dozgonna!

Zjeżdżam więc do tego Kamieńczyka, ale nie zatrzymuję się już nigdzie, więc fotka tutejszego ciekawego kościoła tylko z tablicy informacyjnej. Sama wioska ogólnie też urocza, dobra ta trasa, dobra… Przed samym dojazdem do krajówki w Smreczynie trzeba się jeszcze przecisnąć starym tunelem.

I w ten sposób symbolicznie zamyka się jeden z lepszych „oesów”, jak do tej pory. Dalej wspomnianą krajówką chwilę na południe, żeby w Boboszowie skręcić w przygraniczną drogę donikąd… Znaczy do Jodłowa*. Na mapie wygląda fajnie – otoczona ze wszystkich stron górami dolinka, do której prowadzi przesmyk koło dawnego szybu kopalni uranu. Brzmi ciekawie, będzie powtórka z Ostrej Góry? Już sobie naostrzyłam zęby, a tu niestety. Droga zamknięta, bo budowa – o zgrozo – czegoś przeciwpowodziowego! Czy będzie jeszcze kiedyś szansa tędy przejechać?… Mam nadzieję. Tymczasem zawracam, nic tu po mnie. Teraz kierunek: Międzygórze. „Perła Sudetów”. No zobaczymy, na zdjęciach wygląda rzeczywiście jak z bajki… Tyrolsko-szwajcarskie wille and stuff.

*jednak nie aż tak donikąd, tylko normalnie na okrętkę przejezdna, a do tego na pewno ciekawa, skoro ustalono tam jeden z oesów Rajdu Dolnośląskiego. Koniecznie do nadrobienia.

Za Międzylesiem spadam z krajówki, ale gubię się już w pierwszej napotkanej wiosce, tzn. zamiast gdzieś skręcić, jadę tak jak główna prowadzi – a prowadzi w bok i z powrotem do DK8. Orientuję się w swoim marnym położeniu dopiero na skrzyżowaniu, gdy drogę w poprzek znowu przecinają tiry… No, głupi głupek! Kto się pi** urodził, kanarkiem nie zdechnie i ta mądrość ludowa jest słuszna w stu procentach… Trudno, nie będzie na skróty. Jadę znów główną do kolejnego odbicia, już tego oficjalnego na Międzygórze.

Droga niezła, zielono dookoła. Co mi się jednak najbardziej wryło w zwoje mózgowe, to stan nawierzchni w samym Międzygórzu, tuż przed centrum. Bruk, a w bruku koleiny – nie dość, że klasycznie wzdłuż, to jeszcze i w poprzek! Jakby ktoś specjalnie chciał, to by tak tego nie rozpierdzielił, no masakra jakaś. Już nie w głowie mi wille, zresztą tych najładniejszych widać może ze trzy na krzyż, w centrum właśnie.

Pozostałe, które mijam – a dojechałam na sam koniec, do wejścia na szlak na Śnieżnik – to zwykłe pensjonaty, ani wybitnie ładne, ani jakieś odrażające. Ale gdzie ta „perłowość” się pytam? Ta spuścizna Marianny Orańskiej? Ktoś coś specjalnie przede mną schował, nie ma opcji… Fakt, ominęłam jedną boczną drogę – może tam były…

Wracając, jadę przez miejscowość dla odmiany po drugiej stronie strumienia. Strumień nazywa się Wilczka, z tym sławnym wodospadem gdzieś tam poniżej miejscowości. Jest wąsko i stromo, łażą piesi, a ja oczywiście – w pewnym momencie muszę zawrócić. A po zawrotce od razu znów w tył na lewo, celując w idący jeszcze bardziej pod górkę podjazd do… nieczynnego domu wczasowego. O! To jest dla mnie atrakcja ;)

Robię postój, bo ciepło. Za parę minut południe, jak by nie patrzeć… Już solidnie zgłodniałam i myślami krążę wokół śniadanio-obiadu, a tu jak na złość żadnego miłego przydrożnego baru na horyzoncie, bo na burżujskie restauracje w Międzygórzu nawet nie spoglądam.

Żegnam się z tą wcale-nie-Perłą. Po estetycznych uniesieniach przez całe Góry Orlickie byle co mnie teraz nie zachwyca ;) Czas jechać dalej, ale „dalej” w tym przypadku oznacza… z powrotem. Skomunikowanie miejscowości i ogólnie sieć dróg po tej stronie Masywu Śnieżnika jest – powiedzmy sobie szczerze – do dupy. Kompletnie. Albo po prostu jestem tak głodna, że wszystko jest źle (no ale jest :P ). Tylko widoki jako tako ratują sytuację…

Cofając się prawie pod Bystrzycę Kłodzką, zdążyłam niemal zapomnieć, że to wycieczka „jak-najbardziej-wzdłuż-granic”… Ale wskakuję wreszcie na DW392 i wzdłuż Białej Wody jadę w końcu jakoś sensownie – i pod względem tempa, i jakości drogi. I widoczków, ofkors ;)

Szosa wspina się na punkt widokowy z parkingiem ponad przełęczą Puchaczówka, a następnie znaną, rajdową trasą na łeb, na szyję w dół, do „resortu” czarnogórskiego. Kolejnego narciarsko-hotelowego zagłębia. Czarne ślady opon na każdej agrafce bezsprzecznie świadczą, że tradycje touge są tu nadal żywe ;)

Stąd już caaały czas w dół, i w dół, i w dół… Przez Sienną aż do Stronia Śląskiego. Ktoś mniej radosny z natury mógłby rzeczywiście podupaść na duchu, zmierzając taki kawał ku jakiemuś odległemu końcowi na dnie, ale ja tylko stwierdzam, że niewygodnie tak długo jechać w zaparciu (nie mylić z „z zaparciem” ;) ), żeby na bak się nie zsuwać, i tylko hamując silnikiem. Wolę jednak hillclimb niż downhill.

W Stroniu nie odbijam na Przełęcz Płoszczyna, bo mam ją objechaną przy okazji Brannej, ale omijam też skręt na obydwa Gierałtowy (Nowy i Stary) i Bielice. To jest smaczek do obadania osobno, innym razem. Miejsce o charakterze trochę „pasterkowym”, tyle że aby dostać się do Bielic, nie jedzie się na koniec świata, tylko jeszcze dalej ;) Z opisu wiem, że za Gierałtowami droga się zwęża, ledwo się mieści razem z przełomem rzeki pomiędzy ścianami lasu i jak już człowiek myśli, że przyjdzie mu zawracać, to tam dalej dopiero są Bielice ;) Tak że jest to zdecydowanie temat do obadania nie w pośpiechu i nie przejazdem.

Nie natrafiając nadal nigdzie na odpowiednią jadłodajnię, ląduję ostatecznie w Lądku (suchy żart tym razem niezamierzony ;P), czyli „mieście, które jest”. W przeciwieństwie do – dajmy na to – Londynu, jak wiadomo ;)

Jak mówi stare indiańskie przysłowie: „umiesz liczyć, licz na siebie” – a nie na łut szczęścia – w związku z czym odpalam w końcu Google i sprawdzam, gdzie tu można coś zjeść. Znajduję miejsce, zdawałoby się, idealne. Smażalnia ryb nad Stawami Biskupimi. Say no more, jadę!

Ulica, przy której znajduje się mój cel, jest jednak na tyle ładna, że podążam nią do końca (niedaleko wszak za smażalnią), sprawdzić co jeszcze jest tam ciekawego. Na końcu napotykam ciekawe wejście do arboretum leśno-parkowego (najmłodsze, ale za to najwyżej położone w Polsce. Arboretum, nie wejście ;) ), a wcześniej ciekawą restaurację i hotel „Sielanka”. Z przeszkloną galerią przez cały parter, w oknach której jednym ciągiem stoją sansewierie, monstery i inne zielska doniczkowe. Coś wspaniałego. Plantspottingowa masa krytyczna ;) Nie wiem jaka historia za tym stoi, bo wówczas nie wstąpiłam, a drugim razem (do czasu, gdy piszę te słowa, zdążyłam tam zawitać ponownie) było zamknięte. Ale jeszcze się dowiem!

Turlam się więc z powrotem w dół, ku smażalni, a po lewej stronie mijam pole namiotowe. Ale zapakowane tak, że ani szpilki nie wciśnie. Z rozwieszonych gdzieniegdzie bannerów i ogólnej prezencji biwakowiczów, domyślam się, że znów (nie)przypadkiem trafiłam na… biegaczy! I to tych samych… Błądząc w poszukiwaniu jedzenia, dotarłam na start tego nieszczęsnego biegu, który mnie „powitał” w Pasterce. Ja wiem, już mi się utrwaliło przez ostatnie 2,5 dnia, że nic-się-nie-dzieje-bez-przyczyny, ale God, why?? :P

Niezrażona jednak tym obmierzłym sąsiedztwem mimo woli, zamawiam rybkę i zasiadam w miłej okolicy jednego ze stawów. Biegacze wyczerpani, więc nie dokazują, wczasowicze konsumują, komuś śpiewają sto lat przy akompaniamencie bodajże saksofonu, na którym gra – jak zakładam – młodociany syn właścicieli smażalni, gdzieś obok grupka dzieci łowi ryby wędkami z patyka i sznurka (nawet z sukcesami). A ja, po niedługiej chwili, dostaję swą wyżerkę.

I wszystko idzie wyśmienicie (no, powiedzmy – dostatecznie z plusem) do momentu, gdy zjadłszy połowę posiłku, postanawiam dla odmiany pociapać rybę zaserwowanym obok niej masełkiem. Błąd. To nie było masło… Jakaś margaryna niskich lotów kompletnie popsuła mi drugie pół ryby i radość z wyczekiwanego posiłku. A mogło być tak pięknie…

Wybywam zatem w dalszą drogę, bo choć górska przygoda zmierza ku końcowi, do domu jeszcze daleko, zwłaszcza że nie na wprost, ale ze sporym kołowaniem. Z Lądka jednak nie tak łatwo się wydostać. Na mapie widzę, że aby znaleźć się na wylotówce w stronę Złotego Stoku, muszę odnaleźć jakieś ślimaki? Estakady? Jakąś plątaninę w każdym razie, a że nieszczególnie chce mi się nad tym główkować, postanawiam jechać przed siebie, żeby jeszcze rzucić okiem na miasto i gdzie wyjadę, tam wyjadę. Potem poszukam właściwego kierunku.

Podążając w ten sposób, nie odnajduję wprawdzie tutejszego pięknego domu zdrojowego ani słynnego zadaszonego mostka (ten pokażę w innym wpisie, bo kolejnym razem już go znalazłam ;) ), ale za to natrafiam na wrastającą sierrkę.

Smutny widok, zwłaszcza, że stoi tak od co najmniej 2017 roku, a w tej okolicy i zapewne jednych rękach jest dłużej – w 2013 była jeszcze mobilna. Mam nadzieję, że moja tak nie skończy, bo to dobry wóz do jeżdżenia, niech kręci kółkami po wsze czasy.

Kontynuując jazdę gdzie wzrok poniesie, zmierzam wzdłuż rzeki – Białej Lądeckiej – i powoli opuszczam miasto. Najpierw kawałek peryferiami, kawałek odludziami i wtem! Podjeżdżam pod górkę, a za nią – szeroki, piękny widok… Łąka, parę domów. Sielskość milion. Nie wiem, czy znów nie trafiłam na jakąś drogę dla rowerów, bo asfalt nowy, wąski – takie to lubią być przygotowane dla niezmotoryzowanych, ale kto by się przejmował :P Jest pięknie, nic mnie nie powstrzyma, by jechać dalej ;) FOTO 1 FOTO 2 – bo swoich z tego zachwytu nie zrobiłam.

Droga prowadzi cały czas wzdłuż rzeki, teraz już między domami. Okazuje się, że to Radochów, jest tu znana jaskinia. Dojeżdżam w końcu do jakiejś drogi w poprzek i do mostu, więc myk na drugą stronę i dawaj z powrotem, znów koło szumiącej wody, bo ładnie ;)

Urocza dolinka kończy się kolejnym stromym podjazdem i trafiam wprost na wylotówkę, której szukałam. No to już nie ma rady, trzeba jechać. Mimo że trasa ładna, rajdowa (niestety dla Mariana Bublewicza ostatnia), to nawierzchnia nie zachwyca. Dodatkowo trafia mi się tzw. pielgrzymka, czyli kilka aut jedno za drugim – chwilę wlokę się pomiędzy nimi, w końcu puszczam wszystkich przodem i ustawiam się na końcu, przynajmniej teraz mogę pokonywać zakręty swoim tempem i coś z nich mieć, a nie na kwadratowo z prędkością prowadzącej pielgrzymkę marudy. Zakrętów jest zresztą co niemiara – buja na lewo i prawo – i w którymś momencie wpadam w szantowy nastrój. „Oho ho, przechyły i przechyły…” nuci się samo ;)

Wszystko, co dobre, ma jednak swój koniec. W tym przypadku w Złotym Stoku. Robię krótki postój przy skrzyżowaniu z krajówką, żeby zobaczyć, jak dalej idzie ta moja granica nieszczęsna. Dumam, czy trzymać się jej nadal, czy raczej głównych dróg – od jednej większej miejscowości do kolejnej… Jest tak gorąco, że nie chce mi się w ogóle dalej jechać, najchętniej bym zawróciła w te góry ;)

Rada nierada obieram jednak kierunek na Paczków, przez jakieś wioski przy jeziorach. Zalewie Paczkowskim, pardon. Zaczyna się błądzenie, gubienie orientacji, już mi się nic nie podoba :P Czas pożegnać się z górami definitywnie – widać je już tylko na horyzoncie. A przede mną jeszcze z 300 km, mam nadzieję, że choć w części nieco lepszych, ciekawszych…


Tymczasem przerywnik organizacyjny – mapa podsumowująca pierwszą część dnia, bo w wersji całodziennej nie byłaby zbyt czytelna (nie że teraz jest jakoś super ;) ).

[pełny rozmiar]


Mijam więc „polskie Carcasonne” bez mrugnięcia okiem – mimo że pierwszy i ostatni raz tu byłam sto lat temu na wycieczce szkolnej, teraz nie miałabym siły nic zwiedzać, nawet gdybym chciała. A nie chcę, bo nawet nie wspominam tamtej wycieczki jako zbyt porywającej ;)

Do Ziębic niedaleko, jak zresztą do wszystkich większych miejscowości przede mną – rozłożyły się mniej więcej co 20-30 km, co powinno zapobiec uczuciu dłużenia się drogi. Powinno, mhm…

Ziębice jawią się jako miasto wymarłe – upał wygnał wszystkich z ulic, żywego ducha… Z ulgą zajeżdżam w cień stacji benzynowej. Jestem na półmetku dzisiejszej drogi, ale na finiszu swojej wytrzymałości – pogoda daje w kość. Płacąc za paliwo i picie, wdaję się nawet w rozmowę z kasującą mnie panią, byleby tylko jeszcze parę chwil postać pod nawiewem klimy… ;) Ale nie zmiłuj, im dłużej ja się chłodzę, tym bardziej siedzenie w hondce zbliża się temperaturą do wnętrza pieca hutniczego (1120°C w przypadku miedzi). Czas w drogę.

Ponownie los zdecydował za mnie i zamiast główną, nieco oddaloną od granicy drogą, jechać na Strzelin, muszę tłuc się objazdem przez wioski – czyli zgodnie z ideą ;) Nie jest to taka całkiem zła opcja, bo niespodziewanie dostrzegam, że nawet na tym zadupiu tej zapomnianej rubieży jest coś skądinąd mi znanego. Jak gdyby nigdy nic, mijam sobie otóż destylarnię Wolf & Oak. Nie, że jestem aż takim znawcą i degustatorem – usłyszałam o niej gdzieś przy okazji, że ratuje się ładny zabytek.

Przeznaczenie prowadzi mnie dalej przez wieś Cierpice – nazwa idealnie oddaje mój stan ducha :P Jazda w tym upale nie daje ani grama przyjemności – to jest już tylko walka o przetrwanie i każdy kolejny kilometr przybliżający do celu. Ileż razy nachodzi mnie kusząca myśl, by rzucić ten ostatni odcinek w diabły i jechać najkrótszą drogą do domu…

Za Strzelinem zaczyna się koszmar. Nie, że coś – właśnie nic! Nic na drodze i aż po horyzont. Pola, pola, pojedyncze drzewo, pola… Zaczynam marzyć o postoju, ale w tym celu potrzebny jest cień. Zaciskam zęby i pruję do przodu, w nadziei, że może w którejś wiosce – a tych też jak na lekarstwo… – chociaż wiata przystankowa mnie uratuje. A gdzie tam. Albo nie ma ich wcale, albo tylko daszki z przezroczystej pleksy. Noż do stu tysięcy jednakowych miast diabłów!

Zmordowana dojeżdżam do Oławy. Jakoś, ilekroć tu bywam, zawsze żar leje się z nieba – też fatum jakieś… Najpierw podsmażam się trochę na zamkniętym przejeździe kolejowym, a potem na skrzyżowaniu ze światłami. Głowa skwierczy.

Za Oławą nadal bez rewelacji. Tyle lepiej, że pojawiają się lasy. Krótkie odcinki między miejscowościami stają się przekleństwem – nie opłaca się stawać, bo przecież już tak niedaleko i odhaczę kolejny „checkpoint”. Mało w tym logiki, ale działa – posuwam się nieustannie do przodu, nawet w tym stanie bliskim zaśnięcia (na motocyklu to dla mnie nowość). Przez tę nietomność poniewczasie dostrzegam niepozorny leśny parking. A już straciłam nadzieję! Zawracam i rozbijam tymczasowy obóz. Rozbiórka z ciuchów, picie, mapa… Niby tego było mi trzeba, ale jakoś tu niespecjalnie. Śmieci narozwalane, ptaki milczą, duszno… Od upału czy niepokoju? Kiedy po chwili coś zaczyna szuścić w krzakach, stwierdzam, że koniec postoju i wynoszę się stąd – zanim okaże się, że to nic groźnego i wyjdę na cykora :P

Co się działo do Bierutowa i za nim średnio pamiętam, może spałam :P Syców – dla równowagi po „nieżywych” Ziębicach – pełen ludzi. Kolorowych w dodatku. Jakiś lokalny festiwal (festyn) holi widać był dzisiaj. Nastrój świętowania jednak mi się nie udziela, prędzej mogłabym dołączyć do jakiejś stypy… Ratunek nadchodzi w Międzyborzu. W centrum mijam park, skwer – i jest! Wolna ławka blisko ulicy! Parkuję obok i wreszcie prostuję kości. Co za ulga…

Jest po 18, ale jest również środek lata, co oznacza, że temperatura wiele nie spadła. Za to moja trasa odbija wreszcie na zachód, a to daje korzystny efekt psychologiczny faktycznego zbliżania się do domu.

Kieruję się na Milicz i droga wypada przez Goszcz. Goszcz, Goszcz – co mi to mówi?… Po chwili odpowiedź nasuwa się sama, wręcz nie sposób jej przeoczyć. Wjeżdżam w strefę fabryczną – po obu stronach tereny jednej firmy. Meble Bodzio, no przecież! Po prawej wzrok przykuwa największe zagłębie lublinków w Polsce ;) Nawet o tej porze, w sobotę, jeszcze sporo ich spotykam na okolicznych drogach.

Z innych ciekawostek – mijam opuszczony kościół ewangelicki (ponoć jeden z najstarszych istniejących w Polsce – ale to informacja powtarzana w internetach, niesprawdzona, a na pewno nie przeze mnie), za którym gdzieś jest zespół pałacowy, w stanie równie opłakanym. Zaczynają się też atrakcje przydrożne, w rodzaju starego napisu w jakiejś wsi i Matkiboskiej Przystankowej gdzieś indziej.

O 19 doczłapuję do Milicza. Wieczór czai się za rogiem, a mi znowu włącza się zwiedzak. Już gdzieś na wjeździe atakuje mnie tablica, że jest tu muzeum bombki. W jego poszukiwaniu odwiedzam losowe boczne uliczki i znajduję mnóstwo pięknych starych literek. W sensie brzydkich – ale pięknych. Wicie, rozumicie… ;)

Bliżej centrum kolejny postój. Przy głównej drodze postawiono wielkie akwarium całoroczne z „rybami naszych stawów”, a obok stoi na stacji… nie lokomotywa, ale kolejka wąskotorowa. Stacja to dawna Milicz Zamek, a eksponowany skład to wagon motorowy MBxd1-168, osobowy typu 1Aw Bxhpi i brankard FTdxk (za Wikipedią). Jest jeszcze drugi taki miniskansen na stacji Milicz Wąskotorowy. Są to pamiątki po trasie kolei łączącej Wrocław z Sulmierzycami (w najdalszym wariancie). Powstała pod koniec XIX w., a ostatecznie zlikwidowano ją w 1991 r. Jednak dla fanów kolejnictwa to nie wszystko, bo w pobliskich Krośnicach można się przejechać wąskotorówką z parowozem (!) po przypałacowym parku, więc tradycja jeszcze żyje w regionie.

Jednak „najgrubsze” atrakcje były jeszcze przede mną. Będąc tu, nie wypada nie zobaczyć pałacu, w którym mieści się technikum leśne, jedna z 11 tego typu szkół pod egidą ministerstwa środowiska. Od frontu jest park i deptak dla pieszych, ale krążąc dookoła, trafiłam na tyły, gdzie dało się podjechać. Przy okazji napatoczyły się jeszcze ruiny średniowiecznego zamku. Na samym końcu zaś rzucił mi się w oczy ładny fachwerkowy kościół, o tyle niezwykły, że to jeden z sześciu dawnych ewangelickich „kościołów łaski„. Jeśli przyszły Wam na myśl kościoły pokoju, to jest to dobry trop. Kościoły łaski to wynalazek późniejszy, ale o podobnej genezie. Dodatkowo ten milicki jest wprost wzorowany na tym ze Świdnicy, tyle że ma już wieżę – kościoły pokoju nie mogły jej mieć.

Za Miliczem nie ujechałam daleko i znów musiałam zrobić postój. Bo metalowy słoń :P

Bardzo twórcze wykorzystanie złomu warsztatowo-ogólnogospodarczego – jest i pokrywka od garnka, i bak od kawasaki… Na pewno lepszy taki słoń niż bliżej nieskoordynowany pierdolnik z tych wszystkich gratów luzem koło domu. Doceniam.

Między okoliczne karpiowe stawy wjechałam, gdy już zmierzchało. Podniosły się mgły, ziemia zapachniała… Teraz, gdy już słońce nie chciało mnie zamordować, przestało mi się tak śpieszyć. Zresztą, lada chwila, a będę w swoim rewirze, choć ze Żmigrodu jeszcze z 80 km do domu. W temacie cyferek czujnie obserwowałam licznik, bo niebawem miał się przewinąć z powrotem na 000,0, gdy nawinę 1000 km tej wycieczki. Stało się tak tuż przed tablicą „Żmigródek”, ale… bateria telefonu w tym momencie umarła na śmierć. Lustrzanki z samego dna bagaży nawet nie próbowałam wyciągać. Ściemnia sięęę, jak śpiewała (krzyczała) Kora, choć tym razem nie serce, a banalnie – pora dnia.

Wjechałam na ekspresówkę, dając sobie chwilową dyspensę od jechania zadupiami ;) Właściwie tutaj i tak przygodowość już się dla mnie zakończyła. Czułam się jak podczas milion dwieście trzydziestego ósmego powrotu z Wrocławia. Widmo rezerwy znów zaczęło straszyć, więc w Rawiczu zjechałam zatankować. Nie chciałam przeciągać na styk, głupio byłoby stanąć bez paliwa parę kilometrów przed metą.

Ten ostatni, nocny odcinek sponsorowało wszechobecne robactwo latające – a ja jak zwykle z szybką w górze, bo przez przyciemnianą nic nie widać o tej porze – fun as hell :P Plus ślimacze tempo, bo droga wśród pól – za dnia świetna, bo widać sytuację po obu stronach daleko i szeroko, ale w nocy to na nic, gdy lampa oświetla mały wycinek asfaltu. A dzika zwierzyna czyha… Oczywiście trafiła się jakaś niepoczytalna sarna, uciekająca zamiast wgłąb pól, to wprost przez drogę…

W garażu byłam jakoś po 21. Game over.


Podsumowując – hondka to świetny motór w góry, osiołek wjedzie wszędzie i spali tyle samo pod górę, jak w dół. Doskonale hamuje silnikiem, więc nie ma strachu o i tak liche hamulce podstawowe. Prowadzi się jak jakiś scrambler, komfort na poziomie „do przeżycia”, ale po powrocie nie bolało mnie kompletnie nic – więc bilans na mocny plus :) Brawo.

[tu w pełnym rozmiarze]

6 Comments

  1. Maciek

    Ježíš Marie! Jak piękny wpis i jaki miły zbieg okoliczności.
    Czytałem to wczoraj wieczorem w domu, teraz komentuję ze Skal pod Adršpachem.
    Dzięki tobie wiedziałem gdzie znaleźć Czechosłowację i piękny mostek. No i mogłem dodać kilka nowych miejsc do listy „do odwiedzenia”.
    Dzięki!

      1. Maciek

        Śpieszę zatem donieść, iż to nie pierwsze miejsca przez ciebie opisane, które odwiedziłem. Chyba z każdego wpisu coś trafia na listę.
        Broumov także pozwiedzałem – rzeczywiście urocze miasteczko :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *