wycieczka: Dookoła Dolnego Śląska (dzień 1)

Na jednych z nieukończonych studiów prawie napisałam licencjat na temat pogranicza polsko-słowackiego i wszelkich specyficznych dla niego aspektów. Znaczy – właśnie nie napisałam, m.in. stąd nieukończenie :P Ale był w planach ;) I nadal mnie coś w tych granicach intryguje… Tych międzynarodowych, coraz bardziej przekraczalnych, ale i tych kompletnie niewidocznych, jak między województwami. Jednak z racji, że na studiach tematu ostatecznie nie zgłębiłam, to nie będę tu brnąć w kulturowo-socjologiczne wywody ;)

Zważywszy na powyższe oraz na to, że w ostatnich latach coraz więcej słyszało się doniesień o śmiałkach okrążających Polskę różnymi środkami transportu, np. Jawą czy maluchem, o rowerach nie wspominając, również u mnie ziarno tego pomysłu padło na żyzny grunt. No, taki półżyzny, bo wykoncypowałam sobie, że okrążę, ale województwo. Moje, dolnośląskie. Lub jak mawiają niektórzy – niderśleszyńskie ;)

Czemu tylko województwo? Powód jest prozaiczny – praca, która wymaga mojej obecności tydzień w tydzień, więc w grę wchodzą tylko przedłużone weekendy. A w takie 3-4 dni to akurat da się oblecieć te 1000 kilometrów z hakiem.

Pomysł przeczekał 2 lata, bo poprzednio dzień przed wyjazdem mój dziadek dostał udaru i wszystko się pogmatwało na maxa… Długo, niedługo – zleciało nie wiadomo kiedy, a gdy dodatkowo ostatnio okazało się, że kręgarz dobrze naprawił mi plecy i znowu mogę jeździć, wrócił nieśmiało pomysł wycieczki wokołowojewódzkiej. Nieśmiało, bo trauma została („co jebnie tym razem?”…); bo wycieczka zawierałaby noclegi poza domem (a jak się ma paranoję parkingową i boi się byle gdzie zostawiać pojazdy, to życie ogólnie nie jest łatwe, a co dopiero nocowanie w obcych miejscach :P ); bo to, bo tamto… W końcu stwierdziłam, że skoro zbliża się jeden z moich urlopowych weekendów, to spróbuję. Jak zacznę jechać i – nie wiem… – np. honda się zepsuje (hahah, jasne :P ) albo źle mi się będzie jechało, albo zapomnę połowy niezbędnych rzeczy, to zawrócę i tyle. Bez spiny, bez presji… I bez większego  planu.

Pierwotnie idea zakładała przejazd najbliżej granicy jak się da. Choćby po drogach ostatniej kategorii albo bez jakiejkolwiek. Ale już nawet jadąc palcem po Google Maps, było widać, że to średnio realne. Byłoby bardziej, gdybym poruszała się rowerem, a tak – odpadał przejazd na szagę choćby przez Bory Dolnośląskie czy znakomitą część górskich szlaków (no raczej ;) ). Przemodelowałam więc plan na taki, żeby gdzie się da, to trzymać się blisko krawędzi, gdzie się nie da, to nie i po prostu szukać ładnych dróg i okolic, w które warto wrócić.

Jako że przeznaczyłam sobie na to 3 dni, to od swojego tempa uzależniłam, czy zwiedzać coś po drodze, czy nie. Dość szybko okazało się, że nie oraz nie :P Tym lepiej, bo łażenie latem w kurtce, grubych butach, z kaskiem i tobołami mija się nieco z moim wyobrażeniem relaksu. Ale jako że to tylko Dolny Śląsk, to w zasadzie cały region mam w zasięgu jednodniowego wypadu, w razie czego wróci się samochodem (a poza tym część pierwotnie planowanych atrakcji zdążyłam odwiedzić w tak zwanym międzyczasie). Już trochę wyrosłam ze swojej niegdysiejszej postawy, że na świecie jest zbyt wiele miejsc do obejrzenia, żeby ciągle jeździć w te same. Po pierwsze, świat może jest wielki, ale niekoniecznie będzie mi dane cały zwiedzić (czy nawet tylko te rejony, które mi się podobają). A po wtóre – dwa czy trzy razy w tym samym miejscu to jeszcze nie „ciągle” ;)

Również od tempa przemieszczania się było uzależnione nocowanie. Nie chciałam zakładać odgórnie dziennego przebiegu, bo to żadna przyjemność musieć potem coś omijać, bo trzeba się stawić w zarezerwowanym miejscu. Uznałam, że wyjdzie w praniu. Powiecie, że w takim razie namiot… Owszem, bardzo chętnie, ja pierwsza do nocowania pod namiotem, zwłaszcza że od lat nie miałam okazji… Ale taki tobół na motór ładować? O, co to, to nie :P Nie jechałam przecież do Kazachstanu, tylko w wybitnie turystyczne rejony – agroturystyk i kwater powinno być do wyboru aż nadto. Powinno… Ale o tym później ;)

Spakowałam więc sobie wszystko ładnie wieczorem – niezbędne minimum, bo nie planowałam plażować ani spacerować gdzieś w „cywilu” – i w sumie zmieściłabym się w samym plecaku, ale raz, że jechać z wypchanym bagażem na plecach średnia przyjemność, a dwa – warto zostawić jakąś przestrzeń na ewentualne zakupy spożywcze czy suweniry. Zrodziło się więc pytanie, gdzie pomieścić bagaż niepodręczny, rozpakowywany dopiero po skończonej jeździe? Torba podróżna, nawet miękka, szmaciana, jest za duża. Będzie łopotać i ma odstające paski. W torbie na zadupku było przewidziane miejsce na rzeczy „techniczne” – trytki, taśmy, ekspandery, narzędzia, smar, żarówki, zapasowe rękawiczki, no i solidny łańcuch z kłódką ;) Gdy bez szczególnej nadziei przepatrywałam regał i szafę, mój wzrok padł nagle na nieużywaną, niedawno kupioną torbę na kajak. Gumowy worek taki, o wspaniałym zapachu nowego pontonu czy innych dmuchanych zabawek nad wodę ;) No przecież, że tak! Idealny wybór – nieduży, nieprzemakalny – po zwinięciu do 1/3 swojej objętości zmieścił się pod pajączkiem razem z torbą zadupkową i jeszcze był zapas. Cudownie.

Spakowałam też kilka map, bo wiadomo, że Googlowi nie można wierzyć. Przejrzałam dokładnie tę, która pokrywała pierwszy etap podróży, resztę planując oglądać na kolejnych noclegach. Jak mówiłam – spontan, raczej bez przygotowania ;)

Wyruszając – około 11.00, bo przecież przez ekscytację nie mogłam zasnąć chyba do 3.00 – odpuściłam sobie trzymanie się granic w swoich okolicach, bo przecież mam to wszystko objeżdżone. Jedyne poświęcenie, jakie wykazałam dla założonej idei, to kawałek w stronę Żukowic, Gaworzyc i z powrotem na krajówkę. Potem dość luźno i raczej symbolicznie wzdłuż granicy – do Szprotawy. W której zgubiłam się doszczętnie. Czasem mam wrażenie, że im mniejsza miejscowość, tym pewniejsze jest to, że pobłądzę. Może to kwestia skali – na mapie czy planie te wszystkie odległości wydają się większe, a w naturze jakiś właściwy skręt jest całkiem blisko. Wreszcie, po odnalezieniu się w rzeczywistości, trafiłam na ładną dróżkę, a dotąd nieznaną – przez Śliwnik, Lubiechów i… Pruszków ;) Wąska, dookoła zielono i ładne wioski. Ot, pierwsza korzyść – dla zrównoważenia tej nieszczęsnej Szprotawy. Dobiwszy z powrotem do głównej drogi w Rudawicy, powitał mnie od razu widok bocianów w gnieździe i całkiem ładnego kościoła częściowo z drewna.

Odtąd następował jeden z trzech „objazdów”, gdzie warunki przyrodnicze dość zdecydowanie i nieprzeskakiwalnie oddalały mnie od założonej trasy. Pokonawszy więc Bory zygzakiem przez Kliczków i Ruszów – z małym postojem koło leśnej wieży obserwacyjnej, tzw. dostrzegalni – dotarłam w pobliże granicy państwowej, do Bielawy Dolnej, zwanej „magiczną wioską”, „wioską przygód” itp. Rzeczywiście, przejazd przez nią nie dostarcza typowych wiejskich widoczków, można się poczuć raczej jak w galerii rzeźby i to nie ludowej. Dosłownie co krok, to inna drewniana postać czy budowla, o kształtach i kolorach nieraz dość psychodelicznych. Część stoi na terenie pozornie „niczyim”, wiele też przy prywatnych domach. Widać jakiś zamysł i konsekwentną jego realizację. No i o co w tym wszystkim chodzi? Źródło tego drewnianego „szaleństwa” jest po stronie niemieckiej. To tam sobie jeden pan wymyślił taki park rozrywki, a Bielawa się jak widać przyłączyła. Wyszedł z tego Zakątek Turiusa. Fajna sprawa, jak ktoś chce wymęczyć nadpobudliwe dzieci, bo jest tu zabawy na pół dnia – zanim oblecą te 2 ha, to trochę sił i czasu spożytkują. Do samej granicy (gdzie jest, zdaje się, mostek na rzece) i galerii domków na drzewach niestety nie dojechałam, bo akurat trwały prace remontowo-jakieś i nie było chwilowo przejazdu, więc tylko wlazłam na jedną z platform widokowych, choć tam – z racji zarośnięcia drzewami dookoła – najlepszy widok roztaczał się w dół wzdłuż drabiny na… hondkę ;)

Dalej już kierunek Zgorzelec. Czyli po bożemu blisko granicy, wzdłuż Nysy Łużyckiej. Oczywiście tradycyjnych wakacyjnych remontów i wahadeł na drogach nigdy za wiele i do tych kilku, które mnie wstrzymały już za Przemkowem, doszły teraz następne. Tu jednak weselej – droga miała być, według oznaczeń, w ogóle nieprzejezdna za ileś kilometrów. Jakoś przed Zgorzelcem. Jako że i tak planowałam na jego wysokości odbić w bok, pojechałam przed siebie zobaczyć, co tam drogowcy za niespodziankę przyszykowali. Na szczęście ten najbardziej pozawijany fragment DW351 na wysokości Żarki n. Nysą, którym koniecznie chciałam się znów przejechać, był jeszcze otwarty. Łudziłam się trochę, przyznaję, że znak F-5 „uprzedzenie o zakazie” był ustawiony trochę na wyrost lub wręcz nieaktualny i jednak nie czeka mnie zawrotka… Ale niestety, mówił prawdę. Rozkopaną drogę zagradzała ciężarówka i kręcący się robotnicy. No nie przeskoczę. Lecz – może objadę? Tuż koło całej tej scenki rodzajowej odchodziła w bok uliczka. Warto sprawdzić. Dość wąska – takie lubią się skończyć „na ślepo”, np. przed czyjąś posesją. Ta jednak, mimo peryferyjności i pofalowania tak w pionie, jak i poziomie, znaczy się górek i zakrętów, kończyć się nie zamierzała i wiodła wciąż w przód i w przód, cytując za Bilbo Bagginsem. I wywiodła mnie do jakiejś głównej drogi. No i pięknie.

Co ma jednak wisieć – nie utonie. Festiwal błądzenia zorganizowałam sobie zaraz potem ;) Źle skręciłam na krajówce (zawrotka), a następnie niechcący pozwiedzałam niedużą miejscowość Łagów, łącznie ze ślepą drogą osiedlową, która na szczęście kończyła się kładką pieszo-rowerową. Oczywiście na potrzeby przejazdu samozwańczo zdegradowałam się na chwilę do stopnia rowerzysty :P

Jednak to błądzenie nie było takie całkiem bezcelowe, tak tylko żeby czas stracić (o dziwo…) – trochę dookoła, ale uparcie zmierzałam do konkretnego miejsca. W pobliżu bowiem miał się odbyć pierwszy Półoficjalny Spontaniczny Zlot Hondek – współorganizowany przeze mnie i drugiego współorganizatora, w tym przypadku gospodarza tego wiekopomnego wydarzenia ;) Że mój czerwony traktorek nie jest jedyny w kraju, to wiedziałam – choćby po ogłoszeniach sprzedaży, sygnałach z odległych krańców Polski od innego posiadacza czy po mijanych w trasie przeze mnie lub znajomych tych najbardziej efemerycznych hondkach – przelotowych (przelecianych?). A tu proszę – objawiła się kolejna i to z grubsza po drodze… Czekając więc na wahadłach na zielone światło, krótkie pytanie, czy robimy spota – et voila! Dwa traktorki stanęły obok siebie :))

 

Dla mnie kosmos ;) Tyle czasu żyłam w poczuciu jedyno-takości, przynajmniej w okolicy, że druga taka sama (no dobra, znajdzie się te przysłowiowe 5 różnic… ;) ) na żywo wydawała się z lekka nierealna. Tę jedną, co mi kiedyś śmignęła z przeciwka, to w sumie spotkałam gdzieś koło Wałbrzycha – może więc nadejdzie dzień i kolejna edycja „zlotu”, na którym będą już trzy sztuki?… W ramach tradycyjnego zlotowego przejazdu dokonaliśmy wizytacji henrykowskiego cisa, najstarszego w Polsce, i pożegnawszy się, ruszyłam w dalszą drogę.

Zgorzelec objechałam opłotkami, żeby znów się nie zaplątać w czasie i przestrzeni, a za to zaraz potem skręciłam na wioski, konkretnie Koźlice. Wieś ta jest położona sporo niżej niż główna droga, więc zjeżdżając można podziwiać rozległą i malowniczą panoramę na Berzdorfer See, polecam.

Stamtąd już prosto, jedyną dostępną trasą w stronę Worka Turoszowskiego. Koło elektrowni skręcam i przez Trzciniec wylatuję na opłotki Bogatyni. Jadę chyba najbliżej granicy, jak dotąd. Parę metrów obok przez krzaki migocze woda Nysy Łużyckiej, a w pewnym momencie coś jeszcze. Coś niepasującego. Gmach jakowyś. Wąski a długi, i wysoki, wysoki… Stary industrial, może opuszczony? Kusi, ale jadę dalej. Tym niemniej teraz już wiem co to było i mogę Wam powiedzieć ;)

Jest to dawny Kraftwerk Hirschfelde. Elektrownia działała od 1911 do 1992, kiedy zakład zamknięto i praktycznie od razu przekształcono w muzeum techniki. Byli pracownicy podjęli się konserwacji urządzeń i tak to sobie fajnie działało do 2010. Przyszła powódź, coś tam uszkodziła w konstrukcji, obecność ciężkich maszyn wcale nie pomogła, a koszty remontu oczywiście były dla zarządzających nieopłacalne. Muzeum więc zamknięto, maszynerię sukcesywnie przenoszono do innych placówek, a budynek jest w trakcie rozbiórki. Nie zaszła jeszcze daleko, skoro wypatrzyłam kolosa z drogi, więc jakby co, to ostatni dzwonek…

Aktualnie wnętrza z czasów świetności pozwiedzać można tylko wirtualnie na panoramach Google’a albo na oficjalnej stronie. Albo urbexować, jak to uczynił pewien pan z Holandii (zapraszam pooglądać). Okolice też przypadną do gustu miłośnikom starych, brzydkich żelastw (vide: relacja na Fotopolska).

Przyznam, że kojarząc okolicę ze zdjęć, trochę się obawiałam tych postapokaliptycznych widoków kopalni odkrywkowej. No, może jakoś turbozielona i greenpeace’owa nie jestem, ale jednak trochę dusza cierpi, gdy się widzi taką rzeź na przyrodzie. Nie szukałam więc punktów widokowych na kopalnię, tylko najpierw udałam się bokiem, z dala, ku równie ciekawemu miejscu, jednemu z sześciu w Polsce. Mowa o trójstyku granic. Po czesku trojmezí. Po niemiecku – oczywiście niewymawialne i niezapamiętywalne – Dreiländereck.

Utworzono tu ładny skwerek przecięty ciekami wodnymi. Między Polską i Czechami jest wpół wyschnięty kanałek, do pokonania jednym susem (albo po bożemu, przez mostek), zaś między nami/nimi a Niemcami – już rzeczka, płytka, ale dość szeroka. Jakże to znamienne. Również wszelka infrastruktura turystyczna – pomniczki, słupki, tablice informacyjne – znajduje się po słowiańskiej stronie. Na niemieckim brzegu tylko smętnie wystaje z niewykoszonych chaszczy maszt z flagą.

Zrobiło się po 17.00, więc uznałam to za dobry moment i okoliczności na dokończenie śniadania. Na szukanie obiadu było już z lekka późnawo, zważywszy na niewielki do tej pory pokonany dystans, więc dogryzłam zaczętą wcześniej bułkę i można było jechać dalej. Gnać! W te pędy! Bo już mocno po południu, a ja w totalnej dupie. Pardon, na krańcu Polski (lub początku, jak się niektórzy upierają) ;) W każdym razie zdecydowanie nie tak daleko, jak to sobie obmyśliłam.

Nie dane mi było jednak przemieszczać się sprawnie. Już w Kopaczowie kątem oka dojrzałam coś, co kazało mi zawrócić. Nie co dzień widzi się wszak jebitną płaskorzeźbę z furmanką nad bramą. I herbem nad tym wszystkim*. Chwilę potem punkt widokowy na kopalnię i tę taką wielką maszynę górniczą. Po horyzont obca planeta, no bo jak inaczej to opisać?…

*Niewiele znalazłam na ten temat. Jedynie tekścik w jakimś lokalnym biuletynie, ale tłumaczenie z translatora niewiele rozjaśniło, jedynie że w 2012 były plany odnawiania tego całego zabytku. No i jest ładne archiwalne zdjęcie. Tu, na str. 8: LINK.

Niewiele dalej znów z głównej zeskakuję na boczną dróżkę i szybka teleportacja na… Jasną Górę ;) W sumie jedyna, w jakiej dotąd byłam… Pielgrzymkę mam więc już odhaczoną – chyba się liczy? :P

Pogoda ogólnie skłania się ku takiej parnej i dusznej, zapowiadają jakieś przelotne deszcze na dniach, więc niepotrzebne przystanki wymusza też – nie zgadniecie – konieczność pozbywania się uprzykrzonego robactwa z kasku. Lata tego pierdylion i mam wrażenie, że wszystkie celują pod moją otwartą szybkę i do wlotów wentylacyjnych… Takie małe ohydztwa, co to nawet nie czuć, jak się na tobie rozbijają, za to jak już łaskoczą w ucho albo wydaje-ci-się-że-gdzieś-na-głowie, to ocipieć idzie. No i co zrobisz, nic nie zrobisz, trzeba stanąć, zdjąć, wytrzepać wyściółkę i włosy, i tak do następnego… Ów następny wypadł właśnie w tej mniej świętej Jasnej Górze. Górce właściwie, bo wioska malutka, choć widoki z niej rozległe. Akurat za skrzyżowaniem zamajaczył placyk, w sam raz na postój. Uporałam się szybko z tą owadzią klęską naturalną i już chciałam ruszać dalej, jeszcze tylko rzut oka na telefon… A telefon is dead. Niczym Zed. Rozładowany? Ale jak to? Przecież niedawno miał jeszcze z 30-40% baterii… Popsuty? No tylko nie tu, na tym końcu świata, pod wieczór, jeszcze tego mi trzeba… Długo nie mógł dojść do siebie, ale po podpięciu powerbanka w końcu łaskawie mignął omdlewającym wizerunkiem baterii i 1%. Ekstra. Przynajmniej działa, ale to jest jakiś żart, żeby tak szybko padł… No owszem, był włączony internet, żeby trasa na GPSies się zapisywała, no owszem, jeżdżę przy granicy, więc co chwilę gubi i szuka zasięgu, i jeszcze roaming, i bógwieco… No ale bez przesady!

Podcięta tą małą porażką, zostawiłam nędznika na ławce, żeby przemyślał swoje zachowanie i trochę się podładował, i wreszcie spojrzałam dookoła, gdzież to przydarzyło się wylądować. Na placyku bowiem, oprócz ławostołu, postawiono parę tablic informacyjnych i skałę (drzewo kopalne). I jakiś kamienny krąg wokół niej. Co najmniej intrygujące… Po krótkiej lekturze wyjaśniło się, że „stworzenie ogrodu geologicznego to pomysł i efekt pracy Wolontariuszy PGE” w 2016 roku. Jak miło. A czemu akurat tutaj? Bo jesteśmy, jak się okazuje, nie byle gdzie. „Okolice Bogatyni są miejscem krzyżowania się dwóch wielkich stref tektoniczno-wulkanicznych”. Przypuszczalnie „prastarego masywu izerskiego” i „młodszej niecki żytawskiej”. Czyli co ciekawego znalazło się przy wykopywaniu węgla, to trafiło na tę wystawkę. Są więc skały wulkaniczne, głazy narzutowe, zbiór uzupełniono okazami z kamieniołomów… Piękny przykład działania społeczności lokalnej. Wszystkiemu temu przygląda się zaś z krzaków zapomniany space invader, chyba na byłym sklepie…

Tego dnia najwyraźniej postanowiłam podświadomie rozładować wszystkie możliwe baterie, bo kamerka przy kierownicy przez cały czas postoju nagrywała. A dziadostwo też krótko trzyma. No, tyle że nagrał się ciekawy swego rodzaju zegar słoneczny ;)

Wszyscyśmy – z telefonem i motocyklem znaczy – odpoczęli i nie było co dłużej zwlekać. Trzeba jechać, jechać, jechać!… Sturlałam się więc w dół, do Bogatyni, dawną Kościelną Drogą i – jak wielu beztroskich podróżujących – chciałam przekroczyć granicę w Markocicach – Heřmanicach. Najpierw oczywiście delikatnie pobłądziłam, a po odnalezieniu właściwych ulic napotkałam – ku ostatecznemu pognębieniu – betonową zaporę przegradzającą drogę na granicy. Po prostu skandal! Porozważałam chwilę opcję anarchistyczną, ale ostatecznie jak zwykle wygrała praworządność. Zawróciłam.

Gdyby nie było tak późno, pewnie by mnie skusiło złamanie prawa, bo kojarzyłam, że niedaleko, w Dětřichově, jest automuzeum składające się głównie ze Skód. Ale w sumie dobrze wyszło, bo teraz doczytuję, że jest czynne tylko w weekendy, po telefonicznym umówieniu, więc w czwartek i tak niewiele bym ugrała.

W labiryncie bogatyńskich uliczek, podczas dalszego błądzenia, obejrzałam chyba większość tych ich przepięknych domów przysłupowych i ostatecznie udało się trafić na wylotówkę. Przejazd po czeskiej stronie przygranicznej był niejako wymuszony, bo po naszej drogę zaorali. Tymi wielkimi maszynami z kopalni.

Ładna droga prowadzi przez Kunratice, Višňovą, Černousy i tysiąc przejazdów kolejowych. Dla dobra sprawy najbliżej-granicznej powinnam była zboczyć do Andělky, ale zaniechałam tego, a szkoda. W przysiółku tym krzyżuje się równoleżnik 51 i południk 15. Jest nawet pomniczek. W jeszcze mniejszej części Višňovej – o nazwie Saň (meldunek ma tu 4 mieszkańców) – znajduje się polecany punkt gastronomiczny, bar nad stawem z wesołym właścicielem i pornograficznym wychodkiem. No to jest plan na następny raz w tych stronach ;)

Dojeżdżam do głównej i skręcam na Habartice, z powrotem ku ojczyźnie. I głównych dróg już odtąd się trzymam. W Zawidowie odbijam na Platerówkę, ale jako że zmierzcha, to i tutaj nie plączę się po ślepych odnogach bliżej granicy. Może innym razem. Między Platerówką i Leśną piękny asfalt, a do tego widokowość bardzo. W tych pięknych okolicznościach dojeżdżam do Świecia, długiej ulicówki z ruinami zamku w odbudowie (teren prywatny). Parkuję pod nim, celem wykonania pamiątkowej fotki w promieniach zachodzącego słońca i dochodzę do wniosku, że wypadałoby się rozejrzeć za noclegiem. W grę wchodzi pukanie po kolei do domów z napisami „wolne pokoje” albo wyszukanie czegoś na dogorywającym telefonie. Wybieram tę bardziej ryzykowną opcję i odpalam Google Maps. Nie musi być blisko, byleby nie za drogo, a najlepiej jeszcze ładnie i z bezpiecznym parkingiem.

Obdzwaniam parę miejsc i już wiem, że zabawa się zaczyna… Nie mają nic wolnego albo nie przyjmują na jedną noc. Pomyślałby kto… No dobra, to rozszerzam poszukiwania aż po Świeradów, najwyżej dojadę w nocy, byleby się znalazło coś pod dachem ;) Mapa pokazuje jakieś zagłębie noclegowe w Wolimierzu. Punkcik koło punkcika, same agroturystyki… Może tutaj? Po paru chybionych strzałach, słyszę nareszcie, że jest! Jeden wolny pokój, ale za 80 zł. Uuch, cena trochę sroga, no ale nie ma co wybrzydzać… Wykonuję bez większych nadziei jeszcze kilka telefonów i po kolejnych odmowach wracam do jedynego gościnnego kontaktu na liście wybieranych. Przez te parę minut na szczęście nie trafił się inny desperat, który by mi zwinął spanie sprzed nosa i po ustaleniu za ile mam się pojawić, udaję się na poszukiwania czynnego sklepu. Powiedziano mi, że w Mirsku jest Biedra, ale wcześniej, w Giebułtowie natrafiam na zamykany powoli wiejski sklepik. Wolę wspierać małych przedsiębiorców, więc zaopatruję się w kolacjo-śniadanie właśnie tutaj.

Być może to kwestia okoliczności, ulgi po poszukiwaniach, pachnącego trawami i zbożem wieczoru, ale okolica wydała mi się przepiękna ;) Pagóry, rozległe połacie, odległe widoki, nawet zagrody i domki były jakoś wyjątkowo urocze…

W tak wyśmienitym nastroju docieram do mojej oazy na tę noc – Chaty na Borowinowej. Parkuję hondę pod drzewkiem koło domu, brama będzie na noc zamknięta. Wita mnie gospodarz, objaśnia co gdzie. Pokoik jest na piętrze w osobnym budynku dla gości. Mały, ale z łazienką. Na parterze duży salon z kuchnią i jadalnią – tam już urzędują pozostali współlokatorzy. Ciekawi mnie tonący w ciemnościach ogród, ale to sobie zostawię na rano, obejrzę za dnia.

Prawie zasypiam, zanim udaje mi się dotrzeć do łazienki (a daleko nie jest :P), ale po dokonaniu ablucji jestem jeszcze w stanie przestudiować mapy na kolejny, jutrzejszy etap. Uda się objechać Kotlinę Kłodzką? Są szanse, ale znam też już swoje tempo i ilość możliwych przystanków, więc wstępnie szacuję nocleg na okolice Międzylesia, chociaż marzyło mi się spanie w Pasterce… Zobaczymy.

Gdy na dole robi się pusto, idę zjeść późną kolację. Ceglane ściany, przytłumione światło, świerszcze za oknem, a poza nimi – cisza… To jest to. Aha, no i obowiązkowy, lajfstajlowy „kubek parującej herbaty” ;) Wprawdzie nie aromatycznej, tylko aromatyzowanej (truskawka i ananas), ale za to z blaszanego kubka (w las i namiocik). Jestę blogerę, to zobowiązuje :P

Tym optymistycznym akcentem kończę pierwszy dzień mojej wielkiej wycieczki, nadal w szczerym zdziwieniu, że to się jednak dzieje ;)


I jeszcze tradycyjnie odręczna mapka. Tak, ma być taka amatorska :P

Tego dnia zrobiłam 307 km. I tak nieźle, jak na haniebnie późny wyjazd, ilość postojów i wszechstronne nieogarnięcie ;)

/mapa w pełnym rozmiarze/

3 Comments

  1. Fabrykant

    Brawo!!! Jestem pod wrażeniem. Zawsze też chciałem coś okrążyć, miałem ambitne plany – raz chciałem okrążyć Morze Śródziemne, ale nic z tego, bo Arabska Wiosna, potem chciałem okrążyć Morze Czarne, ale nic z tego, bo wojna na Krymie. Dopiero Tatry udało się okrążyć samochodem. Ale moturem, to zupełnie inna sprawa! Fantastisze wochenende, jak mawiają bracia Germanie! Więcyj! I więcyj zdjęć jeszcze poprosimy!

    P.S. Dopiero przyjrzawszy się bliżej Hondzie, coś mi zastykało i lampka się zapaliła: przejechałem się raz taką, w czasach studenckich (nie mając oczywiście żadnych praw do jazdy, do dzisiaj nie mam). Była, o ile pamiętam, granatowa. Czy były granatowe, czy mi się coś merda? Z resztą był to lekki szrot, mógł być przemalowany. W każdym razie owa nietypowa pojemność 450 ccm została przeze mnie zapamiętana. P.S. II – na moturach się zupełnie nie znam, więc może bredzę. Wiem tylko, że „uwielbiam tylko motocykle, bo motocykle one są niezwykłe”.

    1. byledoprzodu

      No a Projekt Okrążenia Łodzi? To też nie w kij dmuchał, benedyktyńska robota niemalże ;) I śmiem twierdzić, że takie właśnie okrążenia lokalne dają tyleż samo, jak nie więcej satysfakcji, co te światowe… Ale może to być mało popularny pogląd, nie przeczę ;)

      Wincyj zdjęć będzie! I górskich panoram, i czego tam jeszcze nie… Ten początek taki z lekka kulawy mi wyszedł, ale potem nabrałam wprawy.

      O proszę, czyli jedna honda pokazywana regularnie i w ilości „dużo” to jednak nie to samo, co taki strzał dwiema naraz ;D Jeśli granatowa to raczej na pewno kundel (obstawiałabym jeszcze ewentualnie, że CB400N, ale jeśliś Pan pewien, że 450, to nie mącę bardziej). Takie jak moja były tylko czerwone i srebrne. Ewentualnie, jeśli była granatowa i z kanciatą lampą to mogła być to południowoamerykańska CB450DX. Co nie jest wcale niemożliwe, bo jeśli coś wyprodukowano w co najmniej 2 egz., to jeden zawsze się znajdzie gdzieś w Polsce ;)

      1. Fabrykant

        Dawno to było, to może pamięć już zawodzi. Zwłaszcza, że ja dużo pojazdów zaliczyłem (głównie samochodów) i mi się już merda.
        Projekt Okrążenia może i jako dzieło – słuszne, ale nieskończone. Może jeszcze przyjdzie kiedyś wena.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *