wycieczka: Do gniazda raubritterów

Przez dłuższy czas – odkąd znowu mieszkam w miarę blisko południowej granicy kraju – obawiałam się wybrać w góry. Samochodem czy motocyklem, wszystko jedno – problem nie leżał bowiem w kwestiach technicznych czy czasowych. Problem w tym, że jak już się znajdę blisko gór, to za cholerę nie chcę wracać z powrotem do domu ;)

I tak też było tym razem…

Gdy orzeł balon wylądował, jak już nadmieniłam, zaczynał się dzień. Wypadałoby go jakoś sensownie spożytkować. Siedząc w aucie przed jeleniogórskim Tesco, rozmyślałam zatem, dokąd na dobry początek udać się na śniadanie. Kołatało mi się w pamięci coś takiego jak kawiarnia Turystyczna, ale bardziej niż na kawie i ciastku, zależało mi na prawdziwym jedzeniu. Normalnie weszłabym do pierwszego lepszego spożywczaka, celem zdobycia bułki i kiełbasy, lecz po balonowej eskapadzie włączył mi się tryb „tu jest jakby luksusowo” i nie miałam jeszcze ochoty wracać do szarej rzeczywistości. Na (nie)szczęście, zawsze mam w pamięci różne nieodwiedzone miejsca odłożone „na potem”. Np. całą Dolinę Pałaców i Ogrodów, skoro już mówimy o okolicach Jeleniej Góry. Postanowiłam więc udać się na rozpoznanie śniadaniowe w tym właśnie kierunku.

Podążając na chybił trafił, dotarłam do pałacu na wodzie w Staniszowie. Rozmyśliłam się jednak jeszcze zanim minęłam bramę. Może zreflektowałam się, że trochę za wysokie progi ;) Ale dla formalności przespacerowałam się nad stawem, porozglądałam się i dopiero podążyłam dalej. Pałace już wywietrzały mi z głowy na dobre.

Przewijając w pamięci mapę okolicy, przypomniałam sobie o mijanym niegdyś lokalu, do którego wcześniej nie zawitałam, a w którym może być jedzenie – musi być, bo jest tam też piwo. Nie tylko rozlewane, ale przede wszystkim produkowane. Browar Miedzianka, jakżeby inaczej :) Żeby tylko mieli otwarte…

Zanim jednak dane mi było udać się na rekonesans, musiałam okiełznać coraz bardziej rozzuchwalającą się senność. Nie, żebym miała jakieś szanse… Dwudziesta druga godzina bez snu przekładała się już na jakość jazdy, a raczej jej brak. Należało jak najszybciej przerwać tę nierówną walkę, bo to już nie pachniało jak „Kończ waść! Wstydu oszczędź!”, tylko „Kraksy oszczędź”…

No ale przecież w środku wsi się nie zatrzymam, ani w ogóle w zasięgu ludzkiego wzroku, bo zaraz będzie afera, że nie żyję albo co i na pewno pospać nie dadzą ;) Drugi problem natomiast był taki, że na to latanie założyłam soczewki, żeby nie postradać okularów z wysokości (a wykazuję szczególny talent w kierunku pozbywania się ich na spektakularne sposoby – jedne utopiłam w jeziorze, zrzucając z pomostu, a drugie rozdeptałam na górskim szlaku… Nie pytajcie :P). W soczewkach zaś spać nie należy, bo przyschną do oka i się rozerwą przy ściąganiu (been there, done that – nevermore…). Zdejmować natomiast też nie chciałam, bo przy takim słońcu przyjemniej jechać potem z ciemnymi okularami na nosie. Cóż więc czynić?…

Po pierwsze – znalazłam dobrze rokujący, przytulny zjazd na jakąś pochyłą łączkę za Miedzianką (o, konkretnie tutaj) i zadokowałam przy ogrodzeniu, licząc że nie będę stać na drodze ewentualnemu traktorowi lub stadu krów ani też nie wzbudzę niczyjego zainteresowania tym postojem. Po drugie – ustawiłam budziki co 10 minut przez najbliższą godzinę. Tym sposobem planowałam oszukać przeznaczenie: nawet nie do końca przytomne otwarcie oczu na chwilę przy każdym przebudzeniu powinno zapobiec katastrofie soczewkowej ;)

Kilka(naście) drzemek później, gdy już coraz lepiej kontaktowałam przy wybudzaniu, uznałam, że można wrócić do cywilizacji bez obaw, że zasnę z nosem w talerzu ;)

Gdy parkowałam przed browarem, dochodziła 10:00 i na szczęście mieli otwarte. Na moje nieśmiałe pytanie, czy można dostać coś śniadaniowego, dowiedziałam się, że jak najbardziej, więc nie pozostało mi nic innego, jak zająć strategiczną pozycję na tarasie i zagłębić się w menu. Wybór był prosty, nie mógł być inny – jajkownica :D

W oczekiwaniu na strawę ma się tu do wyboru dwie przyjemne opcje – można zagłębić się w lekturze i odmętach przeszłości, podjąwszy jeden z egzemplarzy „Miedzianki. Historii znikania” Filipa Springera, które leżą do dyspozycji gości na co drugim stoliku, lub też oddać się kontemplacji widoków. Głównie na „cycki”, czyli Sokoliki ;)

Pokrzepiwszy ciało i umysł, dokonałam jeszcze zakupu butelek z lokalnymi specjałami na pamiątkę i trzeba było ruszać w drogę. Nie od razu do domu, o nie ;) Wraz z porannym meldunkiem przez telefon, wyszła do załatwienia kwestia oględzin pojazdu typu pickup gdzieś po drodze, skoro już tam jestem, ale dopiero po 14. Do tego czasu musiałam sobie zorganizować zajęcie. Byczyć się dalej na tarasie? Kuszące, ale miałam w zanadrzu lepszy plan. Przy poprzedniej wizycie na Sokolikach nie dane mi było odwiedzić pobliskiego zamku Bolczów – zatem jest idealna okazja, by to nadrobić!

Cofnęłam się Janowic, skąd startuje jeden ze szlaków na górę. Jest to mała, ale malownicza miejscowość, którą przecina szemrzący Bóbr oraz linia kolejowa nr 274 Wrocław Świebodzki-Görlitz.

Zaparkować można w centrum wsi, np. przy Dino, albo podjechać jeszcze kawałek osiedlową uliczką (nomen omen – Zamkową) w kierunku lasu i znaleźć sobie gdzieś miejsce na partyzanta, acz niekoniecznie komuś centralnie przed chałupą. Tak też uczyniłam, bo spacery spacerami, ale zbędne nadprogramowe chodzenie jest bez sensu ;)

Droga wiodąca do ruin, według wszelkich map i przewodników, powinna zająć od pół godziny do 40 minut. Chyba że się po drodze zbiera śmieci i fotografuje co drugie drzewo – to może i dłużej ;)

Szlak, jak widać, wiedzie monotonnie pod górę, nieszczególnie stromo. Widoków brak, bo las zasłania ;) Choć nawet i on miejscami przedstawia się całkiem bajkowo…

Dotarłszy do ruin, każdy obowiązkowo odhacza fotkę bramy z mostem nad fosą – widok oklepany tysiąc razy, ale naprawdę cieszy oko. Tak piszę „każdy”, ale nie należy się tu spodziewać tłumów i japońskich wycieczek. Spotkałam może ze dwie grupki turystów – po drodze i na zamku. Ta cisza i spokój jest dużym plusem tego miejsca. Można sobie bez przeszkód pofantazjować, jak to kiedyś mogło wyglądać i jak tu ludzie żyli.

A przewijało się tu całkiem sporo mieszkańców i nie brakowało dramatycznych wydarzeń, którym przyglądały się te właśnie mury. Zacząć wypada od legendarnego założyciela – rycerza Jano, tajemniczej postaci zwanej Srebrnym Kusznikiem. Historię o nim przytacza niezastąpiona Lamparska w „Tajemnice, zamki, podziemia. Przewodnik jakiego nie było”. Niegdysiejsza lektura tej książki – w okresie dziecięctwa, gdy pochłaniałam wszystko, co dotyczyło legend i podań – była dla mnie wodą na młyn i oliwą do ognia ;) Wracając jednak do bolczowskiej legendy założycielskiej… Miał w okolicach XIV wieku ów kusznik dokuczać bardzo tutejszym niemieckim gwarkom wydobywającym miedź – konkretnie tym, co gardzili lub sami dokuczali Polakom. Konkretnie wybijał ich krwawo za pomocą bełtów ze srebrnymi grotami, w obronie owych krzywdzonych Polaków. Był przy tym oczywiście nieuchwytny. Aż razu pewnego w roku Pańskim 1375 książę Bolko ze Świdnicy wziął i wyprawił turniej, i pojawił się tam tajemniczy brodacz, który niczym Wilhelm Tell trafiał we wróble w locie itp. Wzbudził tym samym zainteresowanie władcy, co – po ustaleniu, z jaką to zasłużoną postacią ma do czynienia – zaowocowało nadaniem kusznikowi szlachectwa, herbu z trzeba grotami i pozwoleniem (nakazem?) zbudowania w pobliżu warowni i dalszego pilnowania ładu oraz praworządności w okolicy. I tym sposobem zamek nazwano Bolczowem (od tych herbowych trzech bełtów), a miejscowość poniżej – Janowicami.

Jeśli natomiast nie dajecie wiary bajkom, to najstarsze zbadane dokumenty mówią o rycerzu Clericusie Bolzu (lub von Boltz, lub parę innych wersji pisowni), który to podobno zbudował sobie tu rodową siedzibę. On sam może i się nią nacieszył, ale jego potomkowie tudzież spadkobiercy już niekoniecznie, bo po jakichś 50 latach od wybudowania kasztelu przyszli wkur… mieszczanie świdniccy i położyli kres panującym tu (nie)porządkom i zapewne też życiu bolczowian. A dlaczegóż? A dlategóż, że byli to prohusyccy heretycy i do tego raubritterzy (przepraszam, ale słowo „rabuś” jest dla mnie kompletnie niepoważne ;) ). Ci bolczowianie oni.

Przez kolejne wieki warownia przechodziła z rąk do rąk dziewięciu kolejnych właścicieli, którzy ją od- i rozbudowywali, a po którymś z kolei pożarze już tylko odkrzaczali, zachowując mury w stanie trwałej ruiny. W XVII w. posiadaczem był jeden z Schaffgotschów, ale w trakcie wojny trzydziestoletniej dobijali się tu Szwedzi. Z tego okresu pochodzą dwie klasyczne zamkowe historie – jedna o skarbach, a druga o duchu ;) Skarb miał być schowany podczas wyprowadzki mającej znamiona ucieczki, przez dowódcę szwedzkiego Torstenssona (całkiem znacząca szwedzka postać – co on tu robił na tym wygwizdowie?…), zaś duch należy do księdza/pastora, który w jednej wersji wyskoczył w dramatycznych okolicznościach przez okno – stanowiące potem atrakcję dla XIX-wiecznych turystów żądnych opowieści z dreszczykiem – w drugiej zaś po prostu zmarł podczas morowej zarazy. Tak czy siak, poniżej zamku, przy zielonym szlaku schodzącym do doliny potoku Janówka znajduje się tzw. „Grób Kapelana”. A poza tym jest jeszcze duch rycerza Jano, który ponoć bezustannie męczy z zaświatów biedne zamkowe wróble i inne pierzaste. Jeden z napotkanych przedstawicieli związku ptactwa nie potwierdził, ale i nie zaprzeczył.

Ciekawy epizod miał jeszcze miejsce w okresie „trwałego zrujnowania”. Przez jakiś czas znajdowała się tu gospoda w stylu szwajcarskim, a potem jeszcze schronisko turystyczne. Parę lat po II WŚ wszystko rozebrano i teraz można sobie co najwyżej wyobrazić – albo narysować, jak kto umie.

A propos malarskich plenerów, koniecznie trzeba wejść na samą górę po tych niebudzących zaufania schodkach (a potem po jeszcze jednych, przez wąską skalną szczelinę). Widoki pierwsza klasa. Proszę zapiąć pasy.

Przewodniki polecają zwiedzanie jesienią, by podziwiać różnokolorowość drzewiastą (albo tajemniczość mgieł, jak źle trafimy z pogodą), ale każda pora roku ma tu wiele do zaoferowania. Już samo „wtopienie” tej budowli w skały robi robotę, a okoliczności przyrody to tak w gratisie ;)


Na koniec, parę linków:


PS. A pojazd-typu-pickup okazał się zdżarty i zmurszały, i tym samym niezakupiony ;)