wycieczka: W przestworza

Historia ta ma swój początek pewnego lutowego dnia, będzie dwa lata temu… A było tak… ;)

W czasach, gdy jeszcze dawałam upust pracoholizmowi na tyle, by nadganiać z własnej woli w weekendy, siedziałam sobie średnio jeszcze obudzona w sobotni poranek w robocie i scrollowałam „znany serwis społecznościowy” ;) Wśród polubniętych miałam już wtedy stronę balonową (poznaną dzięki pierwszemu wzniesieniu się na uwięzi jakiś czas wcześniej). I tegoż właśnie dnia, owa strona – Wyprawa Balonem – Balloon Expedition – oznajmiła, że konkurs. Nie byle jaki, bo z okazji zgromadzenia 666 fanów >;)

TUTAJ zdjęcie w pełnym rozmiarze.

Poczułam się zobligowana do wzięcia udziału. Poza tym człowiek-zagadka to moje któreś tam z kolei imię ;) Ale dobra, już na poważnie – skąd tu wziąć jakiś punkt zaczepienia?… Na fotce śnieg, słońce, jakieś baraki i trochę krzaków. Mhm. Balon jest bodajże z Gryfowa Śląskiego, lata w okolicach Jeleniej Góry, ale nie tylko – w całej Polsce również. Co robić, co robić? Czas ucieka, zaraz ktoś na pewno zgadnie i po zabawie. No ale załóżmy, że to jeleniogórskie – to dawaj, w te pędy szukać po mapie, na oślep, może się trafią gdzieś te baraki. Chociaż chwila… Co tam jest napisane? Skrzydło? Ruiny? Te podłużne szopy to nawet dachy mają, jaka to ruina?… A nie, tam jest! W tych krzakach jakieś mury, na dziesiątym planie… Ło matko i córko, to dopiero wymyślili…

Zegar tykał, pojawiały się pierwsze nieśmiałe odpowiedzi, na szczęście niezbyt liczne i dotyczące pierwszoplanowych budynków („ferma”, „stajnie”…), czyli z automatu błędne. A ja dalej kombinowałam… „Jeden z lotów…”, „pisaliśmy na FB”… Idę więc do postów, popatrzeć gdzież to latali, może będzie jakaś wskazówka. Przewinęłam niemal rok do tyłu, tracąc powoli nadzieję, gdy wtem!… Tak! Jest! Ta sama pogoda, takie samo ostre słońce i – najważniejsze – charakterystyczny stożek. Nasz lokalny wulkan, Ostrzyca Proboszczowicka, czyli jednak pobliskie okolice. Więc z powrotem do mapy, tryb satelitarny, powiększenie aż widać pojedyncze domy i jedziemy z tym światem. Jedna wioska, druga, szósta – gdzie to jest?? Poszłoby szybciej, gdybym chwilę zadumała się nad pozycją słońca względem góry lub odwrotnie i nie szukała po wioskach leżących na zachód lub południe od Ostrzycy… ;) Ale w emocjach mnie zaćmiło, bywa. Okazało się wreszcie, że to czego szukam, było całkiem niedaleko, w drugiej wsi na wschód od Śląskiej Fudżijamy – w Sokołowcu. A właściwie na jego peryferiach – czyli zadupie pierwsza klasa.

No więc wiem gdzie, ale pytanie jest – CO? No, ruina. Czego może być ruina… Pałacu, folwarku – jak to w każdej dolnośląskiej wsi… Żeby było weselej, w owym Sokołowcu pałace są dwa (plus jeszcze resztki dworu) i o tym drugim jest zdecydowanie więcej informacji (bo bardzo ładny swoją drogą), a o tej mojej ruince raczej słabo. Wreszcie któryś z kolei opis rozwiał wątpliwości, pojawiło się słowo kluczowe „skrzydło” ;) Co ciekawe – o funkcji tarasu. Nie wierzę… Znaczy mam odpowiedź? A jak to nie to? Jak spalę trop i ktoś poda właściwe hasło (np. „okoń„)? Nie, no niemożliwe. Raz kozie placek. Piszę. I czekam. Czekam…

Krzyk! Niedowierzanie! Łza lub dwie ;) Yeah, baby! Diabli – nomen omen – wiedzą, ile razy czytałam tę odpowiedź, żeby się upewnić :D

Gdy już ochłonęłam, pozostało jeszcze odezwać się do organizatora, zostawić jakieś namiary itp. Krótka rozmowa na czacie została zakończona ustaleniem, że zapisują mnie w systemie począwszy od kwietnia, bo mimo pięknych widoków i lepszych warunków (godzinowo) do latania zimą, wolę jednak ciepełko. No i pozostało czekać. Więc czekałam. Czekałam… Koło sierpnia odezwałam się znowu, ale odpowiedź przyszła tylko z automatu, że dziękują za kontakt itd. Dalsze oczekiwanie przerwała moja sytuacja rodzinna, nastąpił brak weekendów i ogólnie inne tematy na głowie.

I tak sprawa leżała odłogiem długie miesiące – ja cisza, oni cisza – aż rok później zebrałam się w sobie i wykonałam telefon. „Tak, oczywiście, aktualne”, wpisano mnie jeszcze raz w kolejkę, bo coś tam wcześniej nie zafungowało i znów czekałam ;) Znienacka, którejś niedzieli… sms – czy następnego dnia mi pasuje. Fuks nieziemski, bo za parę tygodni miałam zostać na dłuższy czas bez żadnego zastępstwa w pracy, więc byłabym uwiązana. Ostatni moment! No to lecę, oczywiście, że tak! Tylko taki mały myk… W ów poniedziałek trzeba być w Jeleniej Górze o godz. 4:30 bodajże. Ha! Co się nie da, jak się da… ;)

Z Wrocławia zjechałam do domu ciut przed północą, chwila oddechu, zapakować jakieś żarcie na śniadanie i nazad do samochodu, bo koło drugiej wypadałoby wyruszyć, żeby zdążyć do tej Jelonki. Nawigacja, najszybsza trasa i jadziem. Noc ciemna, głucha, ale według „inteligentnego” przewodnika, zdążę z zapasem. Wszystko na to wskazywało, póki jechałam znaną trasą, w miarę główną. Gdzieś za Złotoryją zrobiło się wesoło, bo pokierowało mnie na wiochy. No ale dobra. Trasa to trasa, byle do przodu, byle się przemieszczać. Na zmianę klęłam na dziurska w nawierzchni, wypatrywałam zwierzów pomiędzy drzewami i takie tam rozrywki. Próbując przy tym zachować w miarę sprawną prędkość przemieszczania się. Ostatecznie sarny spotkałam nie w lesie, tylko wśród pól i to na środku drogi. Najpierw małe sarnię, które nawet nie wiedziało, jak się zachować w obliczu trąbiącego blaszanego behemota, a następnie większe sarniszcze, na widok którego małe w końcu się ruszyło. Co za cielaki.

Jadąc dalej, ucieszyłam się na widok Świerzawy – wreszcie powrót na główną drogę. Nie na długo jednak. Zaraz moja mądra mapa znów kazała mi zjechać na jakiś skrót. Lepszy, szybszy niewątpliwie. Ehe. Wylądowałam chyba w Lubiechowej, gdzie zhaltowała mnie informacja o objeździe, bo droga w Dziwiszowie w końcu w remoncie i nie mogę jechać tak, jak mapa prowadzi. Muszę nadłożyć trochę kilometrów… Czyli prawie cały mój zapas czasowy. Co robić? Być na styk? A jak jeszcze coś wypadnie? Nie chcę się spóźnić. Nadkładać czy ryzykować? Nauczona doświadczeniem i zwyczajami drogowców do pozostawiania nieaktualnych oznaczeń albo umieszczania ich sporo za wcześnie – zaryzykowałam. No i oczywiście. Asfalt trochę sfrezowany, jakieś wykopy tu, wykopy tam, ale wszystko przejezdne. Pff, wielkie halo.

W Jeleniej, na umówionym parkingu pod Tesco byłam oczywiście pierwsza. Jak nie ja :P Po pewnym czasie zaczęłam już rozmyślać nad drzemką, ale pojawiły się dwa wozy z przyczepkami, więc wylazłam się zameldować, gadka-szmatka i… czekamy! Oczywiście na spóźnialskich. A bo ktoś jednak pojechał w poprzednie umówione miejsce (w ostatniej chwili była zmiana, bo i wiatr powiał w inną stronę), a bo ktoś tam nie odbiera, a bo tamci jeszcze jadą… Gdy w końcu udało się skompletować towarzystwo, zapakowali nas w te suvy i powieźli… w to pierwsze umówione miejsce :P Ale tym lepiej – bo czyż nie przyjemniej startować z łąki tuż koło zapory Pilchowickiej, zamiast z miasta? No więc właśnie.

Tak zastała nas 6 rano. Czyli z godzinę za późno względem planu. Balon tym lepiej się wznosi, im większa różnica temperatur między ciepłym bąbelkiem a powietrzem na zewnątrz, więc latem chłodne poranki najlepsze do latania. Im później, tym – podejrzewam – więcej gazu pożera sam start i tym krótszy przez to lot. Albo bardziej stratni baloniarze. Czym prędzej więc zabrali się do rozkładania majdanu. Trochę przerażał mnie fakt, że delikatna (jak mi się wydaje) tkanina mająca nas unieść, jest rozkładana na jakimś, nie przymierzając, ściernisku… No ale dobra – chyba wiedzą co robią :D Dwie osoby zostały wyznaczone do podtrzymywania płachty i zapuszczono wentylator, żeby wstępnie to nadmuchać. Trwa to ładnych parę(naście) minut. Równolegle obok rósł balon drugiej ekipy – nasza zbieranina miała lot grupowy, natomiast drugi był exclusive dla jednej pary. Poszłam oglądać spektakl z przeciwległej strony i zorientowałam się, że czas byłoby się zapakować do kosza dopiero, gdy balon stanął do pionu i prawie zaczął odlatywać. Brawo, Jasiu :P

No i nas poniosło :) Start samolotu jest fajny, ale tu jest lepiej, bo… nie wiadomo, kiedy właściwie jest się już powietrzu. No i nic nie hałasuje. Znaczy, trochę wyżej, bo na początku palniki dostają pełny ogień, żeby oderwać od ziemi te 7 osób i całkiem solidnej konstrukcji kosz. A potem – przepotężna cisza. Nie tylko mnie zatkało, dłuższy czas nikt się nie odzywał.

Przy okazji – jeśli się zastanawiacie, czy tuż koło stanowiska napędowego jest ciepło, to odpowiem anegdotką, którą poczęstował nas pan pilot: „Jak to u baloniarzy – w dupę zimno, w głowę parzy” ;)

A widoki… Zemdleć idzie z zachwytu. Najlepsze miejsce na lot – z jednej strony Karkonosze, z drugiej pagóry z moją szczęśliwą Ostrzycą na czele, a pod spodem – tama i Zalew Pilchowicki. Bajka!

Oczywiście, gdy już tylko byłam w stanie oderwać wzrok i obiektyw od pejzaży, moją kolejną ulubioną rozrywką stało się patrzenie prosto w dół ;) Graliście kiedyś w Settlers albo inne strategie? No to witamy w realu :D Albo jak satelitarny widok map Google’a na własne oczy, bezcenne ;) Drzewa jak zapałki, krowy jak z lego, widoki jak marzenie.

Nie wiem, co robiłam na lekcji geografii, jak było o pogodzie (być może haftowałam krzyżykami, choć najczęściej robiłam to jednak na polskim… ;) ), ale coś mnie ominęło, bo dopiero w trakcie lotu dowiedziałam, że balonem steruje się (!), zmieniając wysokość lotu. Bo wyżej wieje inaczej niż niżej. W różne strony. Czyli telewizja kłamie! Pogodynki zawsze zapowiadają, że z jednej strony będzie wiało i finito. Nie ma mowy, na jakiej wysokości… A tu proszę, poniżej widać naszą trasę, bynajmniej nie jak po sznurku – bardziej jak po kablu słuchawek skołtunionych w plecaku :)

/udostępnione przez organizatora/

Taka trasa wynikła też poniekąd z naszego (pasażerów) braku zdecydowania, gdy pilot zapytał, czy wolimy niski lot, czy wysoki. A raczej zdecydowania, że taki i taki :D Nisko jest fajnie, bo można sobie oglądać pojedyncze gałązki na drzewach, liczyć zające albo pluć pestkami do celu, ale wysoko też robi wrażenie… Toż to już prawie kosmos ;)

Ktoś by mógł powiedzieć, że w czasie lotu to jak w filmie polskim – proszę pana, tak: „Nuda… Nic się nie dzieje, nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre (…) W ogóle brak akcji jest.”

Ale tak naprawdę, człowiek wierci się tam jak w gorączce, oczy wypatruje, chce wyryć wszystkie widoki – 360 stopni – gdzieś w pamięci; aparat nie nadąża zamykać i otwierać z powrotem migawki, zdjęcia powstają bez planu i opamiętania, po dziesięć razy ten sam widok, wszystko po kolei dookoła, a potem od nowa jeszcze raz…

Próżne starania – nie da się nasycić widokami. Słońce szybko zmienia położenie, raz są mgły, zaraz nie ma; balon wyżej, niżej i już coś inaczej wygląda; obraca się też wokół własnej osi, więc trzeba łapać ujęcia, bo zaraz w inną stronę będziemy patrzeć (jest dość ciasno, toteż nie ma spacerowania od burty do burty ;) ).

Ale nie da się tak latać po wieczne czasy – a szkoda ;) W końcu przystąpiliśmy do szukania lądowiska. Nic prostszego, wydawałoby się, ha! ale w takim terenie? Gdzie raz górka, raz dołek, tu las, tam woda, kawałek pola, ale obok dom… Znaleźć odpowiednią łączkę i jeszcze w nią wcelować, a do tego, żeby samochód z przyczepą dał radę tam dojechać?… I najważniejsze – żeby to była łączka kogoś, kto nie pogoni nas z widłami!

W trakcie obniżania lotu ktoś zapytał, jak blisko drzew można przelecieć. Pilot odpowiedział, że można i tak, żeby szyszki zrywać, co natychmiast spotkało się z entuzjastyczną reakcją najmłodszego uczestnika, który takowej zapragnął. Obraliśmy kurs na najbliższe choinki i wszyscy w napięciu szykowali się do polowania. 3… 2… 1… ŁUP! Otarliśmy się o gałęzie i udało się zerwać jedną zdobycz, po czym została uroczyście przekazana we właściwe ręce. Szyszką z samego czubka mało kto może się pochwalić ;)

Zaraz potem podeszliśmy do pierwszej próby lądowania, ale ostatecznie coś było z łączką nie tak, być może za stroma i trzeba było poderwać się znów w górę. Wydawało się, że będzie kolejne spotkanie z czubkami drzew, ale nasz pilot miał wszystko pod kontrolą – prawdziwy maestro – i żadnych nieplanowanych kolizji nie zaliczyliśmy ;)

Drugie podejście było już tym właściwym, choć nasz wehikuł nie był zbyt skory do przyziemienia – rwał się do dalszego lotu (podobnie jak my ;) ).

Pojedynczo, w miarę wypuszczania powietrza, wychodziliśmy – chcąc nie chcąc – na zieloną trawkę (patrząc uważnie pod nogi, bo to „paświsko” jednak było). Podczas gdy my studziliśmy emocje, ekipa naziemna szykowała małe śniadanie oraz… szampana. Jest to element niezbędny do przypieczętowania „chrztu na aeronautę”, który po kolei zaliczyliśmy, w nagrodę dostając lampkę trunku oraz dyplomik ;)

Zjedliśmy, co było do zjedzenia, kto wypił, ten wypił, pogadali, popatrzyli jak się balon składa i to tyli. Sru do wozów i powieźli nas z powrotem do Jeleniej.

Dla normalnych ludzi właśnie zaczynał się dzień…. ;)

7 Comments

    1. byledoprzodu

      Polecam, polecam! Emocji zdecydowanie nie brakuje, a przyjemności w ogóle nie da się opisać ;) Zachęcam – szukać, kombinować, bo to świetna sprawa :) A np. w Świdnicy jest co roku festiwal balonów, chyba można wtedy dosiąść się do niektórych załóg albo wzlecieć na uwięzi – wrażenia inne, ale na pewno też niezapomniane, wśród tylu balonów naraz… Mnie z kolei teraz zainteresowały szybowce, ale nie wiem, czy są konkursy, gdzie można wygrać przelot, haha ;)

  1. K.

    Po prostu rewelejszyn wszystko :D Od rozkminienia tego obiektu na fotce (tu naprawdę gratuluję szerlokowej roboty) po cały rejs powietrzny. Chyba nie można było wymarzyć sobie lepszej pogody, co? Widoki przepiękne. I tak czysto wszędzie, no świat idealny po prostu na tych zdjęciach :) Taka trochę makieta jak te z Twoich dawniejszych wpisów. Mućki na jednym foto mają niezłą zagadkę co to tam leci nad nimi :P Wspaniała sprawa, a sam lot widać że profesjonalnie zorganizowany, i wcale nie chodzi o szampana ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *