wycieczka: Złotojesienna

Tegoroczna jesień to – dosłownie i w przenośni – dar niebios… Raz, że prawie listopad, a temperaturowo nadal króluje (babie) lato. Po drugie zaś – te kolory! Co roku tradycyjny piździernik zapewnia w porywach może ze dwa tygodnie takiego spektaklu – i po wszystkim. A teraz – pięćdziesiąt odcieni rudości cieszy oczy w nieskończoność :) Mając wyjątkowo chwilę wolnego i taką pogodę na podorędziu, uznałam, że należy się wybrać. Gdziekolwiek!

Losowo i z braku lepszych pomysłów wybrałam kierunek na Szprotawę, do pomnika w siedmiu językach – „Pro Patria”. Brzmi zagadkowo, ale de facto jest to zupełnie tradycyjny w formie monument, upamiętniający więźniów pobliskiego obozu jenieckiego, którzy w czasie I wojny światowej mieli m.in. budować tutejsze lotnisko. Pomnik wystawili ci, którym udało się przeżyć, toteż inskrypcje głoszą: „Jeńcy wojenni w Szprotawie – swoim towarzyszom, którzy zmarli na wygnaniu”.

Po obozie prawie śladu nie ma – został tylko pomnik i zarastające chaszczami wspomnienie po cmentarzu. Trudno uwierzyć, że było tu całe miasteczko, gdzie w szczytowym okresie przetrzymywano 12 tys. osób.

Wojskowy charakter Wiechlic w późniejszych latach jeszcze bardziej ewoluował, więc dziś urbeksiarze mają co oglądać po okolicznych krzakach, choć w samych hangarach mieści się coraz więcej firm, a bunkier atomowy też podobno w prywatnych rękach.

Tę okolicę już z grubsza pozwiedzałam, więc by nie marnować złotej godziny, udałam się w dalszą drogę. Konkretnie drogę wojewódzką 297. Już w standardzie jest bardzo przyjemna praktycznie do samej Nowej Soli, ale teraz w tych lasach to było istne szaleństwo!

Delektując się pięknymi okolicznościami przyrody, niemal rozdeptałam przydrożnego… grzyba. Nawet mnie to nie zdziwiło, bo zazwyczaj na tym polega moje ich znajdowanie, ale tak znienacka i w takim miejscu?… Rósł sobie taki samiuteńki prawie przy asfalcie.

Równiutki asfalt porzuciłam wkrótce na rzecz wyboistych wiejskich dróżek, ale i tu nie mogłam narzekać na widoki. Aż przyjemnie było zwolnić do 40ki – po wcześniejszej gonitwie na krajówce (by uciec siedzącemu na dupie busowi) i po gęstym ruchu na wojewódzkiej (przez co kolorowy lasek przejechałam 3 razy, zanim za mną było na tyle pusto, że nikt by mnie nie rozjechał podczas dobijania do pobocza między tymi zakrętami).

Wsią spokojną, wsią wesołą i starymi ścieżkami – wielokrotnie i z upodobaniem objeżdżanymi na niegdysiejszym bezrobociu (całe dnie na motórze, byli czasy…) – dotarłam do Nowego Miasteczka. Stąd do wyboru powrót S3-ką albo starą DK3. Ekspresówkę już zwiedzałam, więc postanowiłam sprawdzić, jak dla odmiany jeździ się teraz opustoszałą drogą krajową.

…żywego ducha. Aż się wierzyć nie chce, że tu kiedyś bywało tłoczno. Nie powiem, fajna sprawa, ale przy okazji porównałam, kosztem jakich zmian w krajobrazie nastał taki stan rzeczy…

Przez tę parę lat budowy ciężko było patrzeć na świeże „rany” i ciężką maszynerię orzącą wszystko dookoła, ale teraz w ogólnym rozrachunku – z jednej strony jest tranzytowa eSka, a z drugiej pusta i szeroka krajówka dla szwendaczy. Bilans niby na plus… Ciężko stwierdzić. No ale co zrobisz, oka nie wyjmiesz (cytat za: kabaret Hrabi).

Dodaj komentarz