po drodze: Twierdza Srebrna Góra

Piękna jesień tej jesieni sprzyja wycieczkom i takąż aktywność zaproponowała mi ostatnio babcia, gdy przyjechałam dotrzymać jej towarzystwa. Wycieczka to może zbyt szumnie powiedziane, ale faktem jest, że miałyśmy się udać w piękne podgórskie rejony. W Żdanowie – małej wsi na końcu świata i asfaltowej drogi – mieszkają dalsi krewni/znajomi, siłą rzeczy dawno nieodwiedzani. Korzystając zatem z okazji – co już staje się moją, niejako, tradycją – porzuciłam u celu babcię, żeby w spokoju mogła się udzielać towarzysko, a sama wyskoczyłam na partyzanta zwiedzać. Wszak okolica jest wybitnie atrakcyjna pod względem przyrodniczym i krajoznawczym.

(fotki archiwalne 2007, 2010 r.)

Najbliżej – bo odpowiednio 200 m i kilometr z hakiem od naszej „bazy” w linii prostej – są znane wiadukty kolejki sowiogórskiej: mały żdanowski i większy srebrnogórski, ale ich okolice już złaziłam pińcet razy, w towarzystwie dziadka, a czasem sama. Lasy są tam, owszem, piękne – bukowe – a zbocza strome i przyozdobione charakterystycznymi skałami (to łupki jakieś czy co to takie?…). Również i tutejsza fauna zachwyca. To pod małym wiaduktem po raz pierwszy i dotąd jedyny widziałam salamandrę.

(fotki archiwalne 2007, 2010 r.)

Ale to już było. Natomiast do równie nieodległej twierdzy nigdy (!) nie dotarłam. Nadszedł czas nadrobić to karygodne niedopatrzenie. Okazja trafiła się idealna, bo wypadał akurat „Weekend za pół ceny”, obejmujący wiele znanych miejsc, a srebrnogórski fort jest największą górską twierdzą w Europie, więc siłą rzeczy powinien się łapać na promocję. Tak by na logikę pasowało.

Wskoczyłam zatem na… do mojego białego rumaka i po paru minutach, pokonawszy kilka stromych serpentyn, znalazłam się na parkingu u stóp twierdzy, a powyżej malowniczej wsi (dawniej miasteczka). Srebrna Góra, o dziwo, nie jest siedzibą gminy (podlega pod Stoszowice, taką sporą ulicówkę po drodze z Ząbkowic). Ale gdy wdrapywałam się stromymi podjazdami przez miejscowość i za nią, przestał mnie dziwić taki stan rzeczy. Byłoby wysoce niepraktyczne lokowanie jakiegokolwiek urzędu dla całej okolicy w tak trudno dostępnym, choć niezwykle urokliwym miejscu. Szczerze, to zastanawiałam się, jak mieszkańcy w ogóle tam funkcjonują, zwłaszcza zimą. Kosmos jakiś… Ale widoki ładne.

Zatłoczony parking nie odstraszył mnie. Przygotowałam się mentalnie na konieczność obcowania z ludźmi i zwiedzanie w grupie z przewodnikiem, więc bez wahania ruszyłam krętą ścieżką pod górę. Dojazdy do pracy wehikułem bicykloskim dają efekty. Nie zasapałam się, mimo słusznego tempa marszu. Dawniej już w połowie tej drogi bym omdlewała ;) Dobra nasza. A czemu na piechotę taki kawał, zapytacie, zamiast swoim januszowym zwyczajem jak najbliżej wejścia? ;) Bo zakaz, mili państwo. Wielka tablica z zakazem ruchu i wypisanymi straszliwymi sankcjami, z wysyłaniem zdjęć z monitoringu na policję włącznie. Tabliczek z rozmaitymi prośbami i groźbami w ogóle w okolicy sporo. Choć w sumie nie dziwi takie podejście, bo jak inaczej poskromić ten specyficzny i zdecydowanie zbyt powszechny typ polaków-cebulaków? Nie, żeby dowolnie duża tablica miała ich powstrzymać… Ale gdyby zamiast niej był skromny, standardowy znak, zostałby zlekceważony jeszcze bardziej, a na środku pewnie by ktoś w ogóle narysował siusiaka. Czy coś. Po drodze mijam starszego pana, sprzedającego przy drodze pamiątkowe magnesy, oraz dawne schronisko PTTK, obecnie pensjonat Villla Hubertus (obok niego ciekawostka: wypożyczalnia rowerów… yyy… zjazdowo-elektrycznych? Nie wiem, nie znam się, może to bardziej powszechne, ale ja się nie spotkałam). Tu kolejny zakaz. Parking tylko dla gości – co zrozumiałe, ale widać nie dla wszystkich… Dalej, już koło pierwszych umocnień twierdzy, ma przystanek traktorkowa kolejka i tu widnieje dla odmiany zakaz zastawiania jej placu do zawracania (widać jednak były przypadki…). Tuż obok można rzucić okiem do wnętrza trochę już odkrzaczonej fosy. W pogoni za dojrzaną w oddali czarną wiewiórką natknęłam się jeszcze na sporo starsze tabliczki, oczywiście z przestrogą i zakazem ;) Powiało grozą ;) A to dopiero początek… Co zatem może mnie czekać w wojskowej twierdzy z panującym w niej pruskim drylem?… Strach się bać ;)

Na dobry początek czekało mnie… oczekiwanie. Wprawdzie stawiłam się o pełnej godzinie, ale grupa już się zebrała, nikogo więcej nie brali na pokład. Trzeba było poczekać 20 min. na następną. A promocji jednak niet – bilet standardowo, 17 zł. Cóż za niefart. No ale poszła krowa – parking za 7 zł zapłacony – niech idzie i cielę. Niezamierzony czas wolny można spożytkować na odwiedzenie dizajnerskich toalet, zakup pamiątek, skorzystanie z oferty bistro lub budy z frytkami kawałek dalej – albo na wliczone w cenę biletu podziwianie widoków. Będąc tuż przed wypłatą, wybrałam oczywiście tę ostatnią opcję ;)

Chętni do następnej tury zwiedzania zebrali się błyskawicznie i pojawił się również nasz przewodnik – „Benny” – odziany w epokowy strój. Powitanie było krótkie – oto mieliśmy poznać los pruskich rekrutów… stając się grupą takowych ;) Podreptaliśmy więc karnie wgłąb – ponurych znienacka – murów, za którymi tacy jak my spędzali 20 lat życia. Przynajmniej ci, którym dane było dożyć tak odległego terminu. Warunki bytowe były bowiem nienajkorzystniejsze, oględnie mówiąc, ale o tych o wiele barwniej i bardziej szczegółowo opowiada przewodnik, wrróć… sierżant (chyba?), więc nie będę za wiele zdradzać.

Wśród wielu ciekawostek uwieczniłam sobie pieski na łyżwach (nie powiem do czego służyły ;) ) i drewnianego osła, który może i wygląda pociesznie, ale jego prawdziwa funkcja budzi grozę. Generalnie, z każdą kolejną salą włos coraz bardziej się jeżył, nie tylko od hulających przeciągów. Przeżyć pruską służbę w jednym kawałku to naprawdę był wyczyn…

Z turystycznego punktu widzenia mimo wszystko miałam farta, bo ledwie miesiąc wcześniej na twierdzy udostępniono nową, rozbudowaną trasę zwiedzania. Obejrzeliśmy więc kilka kondygnacji, w tym tajny tunel, a wszystko pięknie zrekonstruowane i wstępnie zaaranżowane. Słowem – jest co oglądać i widać na co te unijne i nie tylko pieniądze idą. Po skończonym oprowadzaniu rekruci są puszczani samopas, więc można obejść sobie dziedziniec na spokojnie i udać się, celem dokształcenia, na wystawę prezentującą odbudowę lub zajrzeć na strzelnicę w kazamatach, no i obowiązkowo wejść na samą górę, czyli zielony dach twierdzy. Pejzażowe eldorado :)

Widać stamtąd oczywiście Góry Bardzkie, trochę Stołowych, przy dobrej widoczności nawet Śnieżnik. Nie dojrzałam natomiast Ślęży, gdzieś mi się zapodziała… Od strony „wejściowej”, na pierwszym planie mamy sąsiedni, również zabudowany pagórek. To fort Ostróg, ale nie wiem czy też udostępniony dla turystów. Nie miałam za bardzo czasu się tam udać, ale też nie rzuciły mi się w oczy żadne drogowskazy. W drodze powrotnej zabłądziłam jedynie w okolice fortu Wysoka Skała (jakaż finezyjna nazwa, normalnie jak z „Gry o tron” ;) ). Wiewiórek już jednak nie spotkałam…

Tym sposobem zleciały ponad 3 godziny. Niech Was nie zwiedzie informacja, że wystarczy około godzina – jak widać wychodzi więcej, bo aż nie chce się od razu po oprowadzaniu opuszczać tego niecodziennego, pięknie położonego miejsca.


Na koniec garść konkretów i szczypta rozrywki.

  • Wszelkie niusy na fejsbuczku twierdzy, a niezbędne informacje na stronie.
  • Poniżej zaś świetnie zrealizowany film promocyjny:

2 Comments

  1. K.

    Ale Wy tam macie dobrze :) Góry, akwedukty, zamki i twierdze.. Fajowa wycieczka i mega połączenie, właśnie tych uroków krajobrazowych jak i możliwość liźnięcia historii na żywo. No i ta salamandra <3 :D Faktycznie te pruskie realia mogą lekko przerazić (i chcę wiedzieć do czego pieski służyły, bo osiołek coś tam mówi ;P) i zdołować. Tereny dookoła wynagradzały pewnie te niedole w jakiś sposób. Netflix w takich okolicznościach mógłby śmiało Wiedźmina tam kręcić, taki klimat, taki klimat :)

    Z pozdrowieniami :)

    1. byledoprzodu

      Dziękuję za komentarz – o mało co dłuższy niż ten mój post pisany na kolanie ;) Niedole pruskich żołnierzy to nie wiem co by mogło wynagrodzić… To w sumie taka swego rodzaju pańszczyzna była – tylko z karabinem, a nie z pługiem. A Sudety już występowały jako Narnia, więc dobrze Ci się kojarzy ;)

Dodaj komentarz