wycieczka: Poławianie pereł

Jedna z wersji opowieści o królu Arturze, gdy ją czytałam za młodu, była pierwszą książką, nad zakończeniem której zalałam się łzami ;) Również w późniejszych latach łykałam wszelkie przejawy materii bretońskiej i pokrewnych motywów jak młody pelikan. Różniste legendy i podania (zaczęło się chyba od pięknie ilustrowanej serii, spolszczonej przez wyd. BGW – tej tu obok na zdjęciu); Clannad, Enya i później, jako naturalna kolej rzeczy, dalsze odmiany folku aż po metal (od Enyi to przecież prosta droga :P); Wiedźmin, Mgły Avalonu etc.; obrazy prerafaelitów, filmy wyższych i niższych lotów… Nawet na studiach wynalazłam sobie wśród ogunów wykłady o romansie dworskim. Ba! Bliska byłam zaciągnięcia się do bractwa rycerskiego ;)

…a dopiero teraz, znaczy w tegoroczną majówkę, postanowiłam wreszcie dotrzeć do mekki – czy też tytułowej perły – wśród polskich miejsc „arturiańskich”.


Bywając w Jeleniej Górze przejazdem, jakoś nigdy nie zdarzyło mi się zajechać do Siedlęcina. A to przecież tyle, co splunąć pestką od czereśni, tak blisko. Ba! Nawet przy wycieczkach do Pilchowic czy pałacu Lenno droga wypadała którędy inędy i zazwyczaj od razu z powrotem do domu. Tym razem postanowiłam za główny cel obrać przesławną wieżę – żeby nie było wymówek – a potem owszem prosto do domu, no z jednym jeszcze przystankiem, zaraz obok.

Droga „do” jest z gatunku tych, które lubię najbardziej. Z widokiem na coraz wyraźniej wyłaniające się górki :D Licząc gdzieś od Złotoryi, bo odcinek do niej najchętniej pokonywałabym teleportując się. Dalej przyjemną drogą na Świerzawę, do której jednak tym razem nie dotarłam, bo w Sędziszowej odbiłam na wioski.

W takich okolicznościach przyrody na dalszy plan schodzi nawet jakość asfaltu pod kołami, a mimo to pragnę zauważyć, że wcale nie była najgorsza (jak się obawiałam). Dodając do tego mijane zabudowania – mniej lub bardziej arystokratyczne (lub wcale, a jednak nadal urokliwe) – konstrukty takie jak most w Nielestnie czy wiadukt gdzieś tam i ogólną atmosferę pogórza… No cud, miód i orzeszki.

A to nie wszystko, co okolica ma do zaoferowania… Wszak jedziemy przez Park Krajobrazowy Doliny Bobru. Rzeczkę ową od czasu do czasu widać wzdłuż drogi (aż prosi się o zwodowanie kajaka ;) ), a na odcinku Czernica-Nielestno mamy do dyspozycji wspaniałą, dość wąską ścieżynę z baśniowymi widokami.

Z ciekawszych natomiast ruchomości, minęłam się z podobnie leciwym rumplem jak hondka oraz ze starym traktorkiem Massey Ferguson, wciąż przy robocie. W każdym razie rzadko takie widuję, stąd założenie, że to nietypowy widok, być może naiwne i niesłuszne ;)

Napawając się widokami, prawie przeoczyłam skręt do wieży. Od Jeleniej jest łatwiej, ma się drogowskaz jak wół przed nosem, ale jadąc od drugiej, albo się wie i się skręci koło sklepu na rozjeździe w prawo (bo żadnych tabliczek tam nie uświadczyłam, ale ja niedowidzę, może jakieś jednak są…), albo – tak jak w moim przypadku – przejeżdża się przez całą miejscowość, wypatrując oczy, by dopiero gdy się skończą domy, zatrzymać się i zastanawiać co dalej. Bo Siedlęcin za plecami, a wieży nie było ;) Na szczęście postój zarządziłam na kolejnym rozjeździe, pod byczą tablicą kierującą do Perły Zachodu (kojarzyłam, że jedno i drugie obok siebie – zawsze coś) i po smętnym rzuceniu okiem na tablice krajoznawcze w poszukiwaniu wskazówek, spojrzałam jeszcze bez nadziei przez ramię, a tam – JEST! Na brązowej, niedużej tabliczce – że wieża książęca to tam, prosto. Znaczy faktycznie cofnąć się, ale inną drogą, niż tu dojechałam. No, to jesteśmy w domu…

Potem już z górki – dosłownie – ku wieży, którą z grubsza widać nad drzewami. Oczywiście znów o mało co nie zapędziłam się za daleko, widząc przed sobą ładny kratownicowy mostek, a to właśnie tuż przed nim należy odbić ostro w prawo, by znaleźć się od razu na dziedzińcu (to brzmi dumniej niż podwórko ;) ) przed wieżą. Miejsca jest w bród, zmieści się dowolna ilość samochodów, a dla solowych motorków jest nawet vipowski kawałek betonu tuż obok wejścia, gdzie można zostawić pojazd bez obaw o jego rozchwianie.

Szybko zrzuciłam z siebie samowar w postaci kurtki i kasku, i udałam się na wyczekane zwiedzanie. Graty można porzucić w sklepiku/kasie – tu również miejsca jest dość. Duży jest też wybór pamiątek i literatury – mało który punkt w większych zamkach jest tak dobrze zaopatrzony. Po nabyciu biletu udałam się wgłąb budowli, zaś pani gospodarząca na obiekcie wręcz przeciwnie – widziałam potem przez okno, że dla niej równie atrakcyjna, co dla mnie malowany Lancelot, okazała się hondka ;) Dla każdego coś miłego – pozdrawiam :D

Przed bramą zwraca uwagę okazała, powykręcana lipa, o której krążą legendy. Konkretnie dwie. Jedna romantyczna, a druga z dreszczykiem ;)

W poszukiwaniu ochłody warto zejść do piwnic, a na rozgrzewkę przed głównym daniem można pooglądać w dolnych salach trochę wykopków – odkryte mury dworu i skarby znalezione w okolicznej ziemi. Wszystkie znaleziska i ciekawostki są dokładnie opisane, więc w zaczytaniu zapomniałam porobić zdjęć ;) Zresztą niewiele by oddały, bo podświetlonym w gablotach eksponatom towarzyszy zapach najstarszych zachowanych w Polsce drewnianych stropów (niedawno stuknęła im siódma setka) i nastrojowe dźwięki filmu przedstawiającego etapy budowy i rozbudowy wieży. No trzeba osobiście, żadne obrazki tu nie pomogą ;)

I wreszcie, po odpowiednim narobieniu sobie smaku, można iść wyżej. W zaciemnionej sali światło pada głównie na jedną ścianę, wydobywając kolory z najstarszych w naszym kraju malowideł o tematyce świeckiej. W ich przypadku handlarskie określenie „jedyne takie” byłoby w zupełności uzasadnione. Nie ma na świecie innych – opowiadających o sir Lancelocie – które zachowałyby się w miejscu swojego powstania. Istny cud, że te tutaj przetrwały. Znając losy innych dolnośląskich zabytków…

Niesamowita rzecz, zobaczyć z bliska i móc niemalże dotknąć tego, co powstało przed tyloma wiekami i poruszało wyobraźnię tylu… A nie, moment, to samo można by powiedzieć po wejściu do pierwszego lepszego kościoła, haha :P No ale jeden lubi księdza, drugi księdza Kaśkę. Mnie porusza akurat coś takiego. Może przez tę unikatowość, może przez tego księcia, który wolał mieć na ścianie przygody baśniowego rycerza, zamiast baśniowych dwóch facetów z gołębiem… Każdy zobaczy tu, co mu wyobraźnia podpowiada i chyba to jest najlepsze. Nawet jeśli od niektórych teorii książę może się przewraca w grobie ;)

A po historyczne konkrety, zamiast moich opowieści dziwnej treści, zapraszam w następujące miejsca:

  • do pooglądania – materiały z badań UJ w przystępnej formie serii krótkich filmów,
  • do poczytania – artykuł na „Zabytkoznawcy sztuki”,
  • i przede wszystkim strona wieży
  • oraz świetnie prowadzony facebookowy profil, pełen ciekawostek o malowidłach siedlęcińskich i pokrewnych, informacji z „życia” wieży i chyba o wszystkim, co arturiańskie.
  • Warto też zajrzeć na blog Średniowiecznix – tam o Siedlęcinie i nie tylko.

Wieżę można zwiedzić do samej góry, a ze strychu widać ładne okoliczne krajobrazy i wijący się tuż obok Bóbr (dobrze mi się wydawało – da się tu przypłynąć kajakiem ;) ).

Z tego przejęcia nawet nie zrobiłam zdjęć samej wieży w całej okazałości :P

A gdyby komuś było mało, może podążyć całym Kaczawskim Szlakiem Średniowiecznych Malowideł Ściennych lub szlakiem dolnośląskich średniowiecznych wież mieszkalno-obronnych. Albo wybrać się do wieży w terminie któregoś z cyklicznych targów z płodami rolnymi i przetworami z okolicznych gospodarstw – Górskie Smaki.


Kolejna perła to oczywiście schronisko PTTK „Perła Zachodu” wraz z przyległościami – w postaci pięknej drogi dojazdowej wzdłuż Jeziora Modrego i przecinającego je widowiskowego mostka dla spacerowiczów. W ogóle dla niezmotoryzowanych bardziej kusząca będzie pewnie trasa spacerowa z Jeleniej przez Borowy Jar z racji widoków i malowniczych skałek.

W schronisku można sobie urządzić wesele i właśnie na przygotowania przed jednym z nich trafiłam, dlatego nie wypowiem się odnośnie jedzenia, bo nic już nie wydawali turystom. Sam budynek znajduje się na jakimś urwisku czy innej skale, więc widoki są genialne, a można sobie wejść jeszcze wyżej, na jego wieżyczkę. Albo podziwiać to wszystko z huśtawki na dworze. Albo z tarasu uroczo ukwieconego wychodka ;)

Mimo ciepłej aury, wzięłam w garść wszystkie graty (ach, uroki motocyklowych wycieczek…) i podążyłam milionem schodków w dół, za nic mając, że wrócić trzeba będzie tą samą drogą. Widoki były tego warte.

Za mostkiem można pójść ścieżką dalej, ale oparłam się pokusie trekkingu. Zobaczyłam co chciałam. Perły pozbierane.


Wracałam inną trasą i mimo objazdów, a może dzięki nim, przez większość trafiały się tak idealne asfalty, że była to już istna wisienka na szczycie tego całego deseru ;) A uroki jazdy motocyklem jednak doceniłam, gdy drogę przegrodziła wywrotka, której się nie trafiło dupką w pole i zawisła nad rowem. Najgorzej miał tir, który utknął po drugiej stronie tego zdarzenia, na tym in-the-middle-of-nowhere…

Podsumowując – droga, kierunek i pora roku zgrane idealnie. Tyle cudnych zakrętów, zakręcików – takich nie za bardzo, lecz w sam raz. Tyle mleczy, zieleni i majowości (i rzepaku)… No bajka. Mogę filmy z tej wycieczki oglądać w kółko w tę i nazad, jak rzadko które :)

Dodaj komentarz