wycieczka czeska #1: Pielgrzymka do Sezemic

Dawno, dawno temu… Albo jeszcze dawniej… Właściwie, to od jakichś dwóch lat – chodziło za mną muzeum motocyklowych jaktajmerów. Japońskich. Ale w Czechach. Niby żaden problem. Sama bym tam już ze trzydzieści razy pojechała – 250 km od domu nawet ja oblecę w jeden dzień ;) – ale… Haczyk jest w tym, że samemu się nie da. Bo vstup jest dla grupy co najmniej 4 osób. I gimnastykuj się teraz, wielki podróżniku-samotniku, kto z tobą pojedzie i jak zgrać terminy wolnego, gdy się ma takowe raz w miesiącu. A jak już zbierzesz grupę, to upilnuj wszystkich, żeby im się plany w ostatniej chwili nie rozbiegły, bo jak potem wytłumaczysz po czesku, że jest nas troje (ewentualnie pluszowy szczur jako czwarty), ale płacimy za 4 i chcielibyśmy mimo wszystko wejść… Borze tucholski, toż to prawie jak organizacja spędu czy innych złotych godów, osiwieć można.

Szczęśliwie jednak, po różnych turbulencjach nawet jeszcze w dniu wyjazdu, zapakowałam 3 towarzyszy podróży do sierry i uprowadziłam czym prędzej za granicę, żeby znowu nie wyskoczyła kolejna niespodziewana przeszkoda. Z wesołą kompanią i niezawodnym wozem droga upłynęła raźno i szybko. Na miejscu zameldowaliśmy się godzinę przed czasem (zapas przewidziany na obsuwy ostatecznie się nie przydał, bo jednak wszystko dobrze wyliczyłam – niesamowite!).

A zatem niedziela, samo południe. W małym miasteczku. Żywego ducha na horyzoncie. I wyzwanie kolejne – jak w smsie napisać panu właścicielowi, że już jesteśmy i czy możemy wcześniej… Przezornie wypisałam sobie na kartce potencjalnie przydatne zwroty, pytania, small-talki i bon-moty, ale zabrakło mi języka, gdy chciałam zakończyć zdanie słowem… „teraz”. Weź to opisowo zastąp innym sformułowaniem, bez internetu na roamingu i translatora pod ręką, powodzenia :P Jakoś w bólach wysłałam tę wiadomość i udaliśmy się bliżej wejścia, szukać cienia. I chyba nawet nie ten sms, ale głośne rozmowy i dokazywanie naszej podekscytowanej grupki wywabiły pana Libora z domu, czyli z naprzeciwka dawnej masarni, w której obecnie są wystawione motorki. Upewnił się, że my to my, uspokoił, że nie ma problemu, że wcześniej i rzekłszy „sezamie, otwórz się”, wpuścił 4 rozbójników do środka. Tak to przynajmniej wyglądało w mojej głowie ;)

Po przestąpieniu progu najpierw głowa okręciła mi się dookoła paręnaście razy, a następnie mnie zamurowało. Chłopaki rozbiegli się oglądać, a ja nie byłam w stanie nawet zrobić zdjęcia. Wydawałoby się, że mając pod nosem garaż zapełniony – a często przepełniony – motocyklami, jakikolwiek inny ich zbiór nie powinien robić na mnie aż takiego wrażenia, ale ten tutaj… Klękajcie narody.

Limitowane wersje, modele unikalne mniej lub bardziej, a czasem dość powszechne… Wszystko pokompletowane seriami i zorganizowane z głową. Widać, że ktoś tu się świetnie bawił przy ustawianiu – względnie zawieszaniu, bo niektóre motocykle są zaprezentowane dość… pomysłowo ;) Z równie wielką przyjemnością się to ogląda, nawet tak laickim okiem jak moje, a co dopiero, gdy ktoś się zna i co nieco słyszał o większości tych sprzętów albo niektóre posiadał. Niejeden dojrzy na pewno swojego pierwszego „japońca” i całkiem sporo tych od zawsze wymarzonych. Wielu pewnie poczułoby się tu jak… w domu ;)

W celu prezentacji posłużę się swoimi zdjęciami z telefonu i nieswoimi z cyfrówki (stąd widoczne gdzieniegdzie drżenie rąk od emocji ;) ). Usiłowałam jeszcze dokonać ujęć analogową małpką, ale jak to małpa – zerwała perforację filmu już na początku i zdjęcia naświetliły się wszystkie na jednym kadrze…


Sale ogólne

Na obecność mojej hondki w tak szacownym gronie nie miałam co liczyć, toż to przy nich kundel bury, ale za to była VFRa, chyba intruder, top gun, nasz były GSX400F… I mój niedoszły pierwszy (którego sprzedawca sam mi odradził) – VF500F ;)


Sekcja „pure sports”

Taki widok – niczym strzał w pysk – dostajemy na dzień dobry. Dobrý den, znaczy się, vítejte v muzeu ;)


Sekcja „brzydkich Niemek”

Wśród nich dwie „nowe” litrowe emzetki. Powtórzę – litrowe. I jeśli coś Wam przypomina widok znajomy ten, to prawidłowo – zaprojektował je ponoć gość od stealthów F-117. Ale info jest z Wikipedii, więc równie dobrze może to być wierutna bzdura ;)


Sekcja „makaronów”


Sekcja turbo


Sekcja sześciocylindrówek


Sekcja wankli oraz Hesketh


Sekcja turystycznych cudaków

Ta rzecz na błotniku kawasaki to jest czujnik od elektronicznego kompasu. Touring luxury – sami rozumicie… :P Nosata yamaha (albo wręcz Nōsata – prawda, że wygląda jak typowe japońskie nazwisko? :D ) to replika wersji Martini – oryginalna seria liczyła 500 egz., ale zainteresowanie było tak duże, że fabryka wypuściła dodatkowo zestawy owiewek do ubrania, obklejenia i posiadania takiej właśnie repliki. Natomiast stojąca obok honda to nie zaginiona gałąź ewolucji Bol d’Ora – tylko wersja owiewek tak się nazywa, z tego co zrozumiałam.

To oczywiście nie wszystkie eksponaty… Muzeum ma 3 kondygnacje + podest widokowy do wyjrzenia przez dach (ładna okolica). Najwyższa dopiero się gospodaruje – będą tam mieszkać najmniejsze motorki. Na ułożenie czekał też jeszcze zbiór modeli ciężarówek. Motocykli jest obecnie chyba koło 150, docelowo zmieści się 200 – i to podobno będzie koniec zbierania. Podobno… ;)

O ile w ustawieniu maszyn widać „głowę”, tak przez całość zbiorów przebija włożone w to serce. Między motocyklami można trafić na trochę pamiątek, np. na tłoczoną metalową tabliczkę, na której podpisali się wszyscy obecni na otwarciu muzeum, głównie przyjaciele i znajomi, oczywiście. Poczesne miejsce w jednej z gablot zajmuje „tort” na 50-tkę właściciela – z kół zębatych i świeczek zapłonowych ;) Jest też podobnie skonstruowany naturalnych rozmiarów… piesek. Poznałabym pewnie jeszcze więcej historyjek, gdybym płynniej szprechała, ale pan Libor i tak starał się jak mógł, by umilić nam zwiedzanie. My mu opowiadaliśmy po polsku, on nam po czesku – każdy coś tam zrozumiał ;) Nawet nasze zachowanie na poziomie przedszkolnej grupy średniaków puszczonej samopas w parku rozrywki wyraźnie sprawiało mu przyjemność. Co zresztą zrozumiałe – każdy zbieracz lubi, gdy jego kolekcja cieszy podobnych oszołomów ;)

Wizyta zajęła nam 1,5 godziny, ale moglibyśmy tak cały dzień. Póki co, umówiłam się z panem, że go zaprosimy, jak już zrobimy swoje własne muzeum jaktajmerów ;)

Dodaj komentarz