wycieczka: Kierunek Ještěd

Uwielbiam Czechy, no nic nie poradzę, mówcie co chcecie. Nie z powodu wiecznie żywej w naszym narodzie czechofilii (mój stan nie jest aż tak zaawansowany, nie znam – dajmy na to – na wyrywki dyskografii Nohavicy, ale za to kojarzę np. jakieś elektro-punkowe zespoliki. Wiedza na poziomie ciekawostek, czyli prawie żadna), nie przez filmy (choć lubię – ale może na tej samej zasadzie, co ich radia posłuchać – dla języka), nie przez jedzenie (noo, nie tylko przez jedzenie – picie też ;) )… Nawet nie przez motocykle i szerzej pojętą motoryzację – cezeciarą byłam wszak tylko przez chwilę. Czesztiny też nie znam jakoś super świetnie, raczej powiedziałabym – powierzchownie. Właściwie, to z perspektywy stereotypowego prażanina-ksenofoba (jak niektórzy im zarzucają) jestem na tak przegranej pozycji, że bardziej nie można – z Polski i z jako-taką znajomością języka słowackiego, z czym niewątpliwie się zdradzam, próbując coś tam łamanym czeskim czasem powiedzieć. Najgorzej :P Ale co zrobić, gdy uzależnienie jest silniejsze. Uzależnienie od czego? Już mówię. Gdy tylko przekraczam granicę, spływa na mnie relaks. Oczywiście, jak wielu nieuleczalnie chorych na miłość do naszych sąsiadów, uważam ich za lepszą, normalniejszą, bardziej wyluzowaną wersję nas. Na ile to ma odzwierciedlenie w rzeczywistości? Nie wiem i wiedzieć nie muszę. Może wtedy nie miałabym już dokąd jeździć się relaksować :P


Podczas tegorocznej majówki pozwoliłam moim ciągotom do spontanów nieśmiało wychylić łeb z piwnicy, gdzie dotąd byłam zmuszona je chować niczym Daenerys swoje smoki (no niech mnie, co za porównanie :D ). Tym bardziej, że świąteczne dni przeplatały się z obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi, więc jak trafiło się wolne, chciałam je wykorzystać do cna i do ostatniej kropelki paliwa. Pomyślałam, że w ostatni dzień można by na szybko zorganizować wypad odkładany od zeszłego roku albo jeszcze dawniej – do muzeum motocyklowych jaktajmerów. Problem jest tylko taki, że trzeba zebrać co najmniej 4 chętnych, żeby pan właściciel w ogóle otworzył podwoje. No i niestety mój spontaniczny termin nie pasował każdemu ze skrzykniętej naprędce grupki, toteż plan się wyrypał. W czerwcu będzie podejście kolejne, najprawdopodobniej 10-go, bo od razu wyścigi w Jičínie, a tymczasem stwierdziłam, że skoro nastawiłam się na Czechy w niedzielę, to Czechy będą i nie ma, że boli.

A bolała poparzona na kajaku noga… Ale obsmarowałam ją jakimś chłodzącym specyfikiem, wymoczyłam w maślance i uznałam – niech się dzieje co chce. Wizja podgrzewania jej silnikiem VFRy nie uszczęśliwiała mnie jakoś wybitnie, ale w trasę przebiegającą częściowo po autostradzie nie zamierzałam brać CeBuli.

Masterplan zakładał kolejny z dawna planowany i odkładany punkt, czyli Ještěd. A jak on, to Liberec, a jak Liberec, to technické muzeum, rodný dům Ferdinanda Porscheho i automuzeum w pivovarze Konrad. I gdybym rzeczywiście wstała przed 6.00, jak optymistycznie obliczyłam, to miałoby to szanse powodzenia. Ale nie wstałam, ba! nawet się nie obudziłam. Wybrałam plan B, czyli wyspać się i tylko Ještěd. Zbyt świeże (i bolesne) miałam wspomnienia z Poznania i cierpiących nóg po paru godzinach na piechotę w motobuciorach. Muzea jeszcze kiedyś odwiedzę, wybrawszy się samochodem – jak biały człowiek, a nie jakiś beduin :P

Droga minęła zaskakująco szybko, jak na najdłuższą chyba z moich wycieczek na moto, choć oczywiście musiałam pobłądzić między Gromadką a zjazdem na A4 przy LSSE Krzywa (wieś Krzywa to nie to samo, mind you) oraz zwalczyć chęć ucieczki z autostrady po zaraz po wjechaniu na nią.

To zasługuje na osobny akapit – autobana na motocyklu to jest jakaś abominacja, horror i sala tortur w jednym. Wiatr miotał mną jak szatan, „kocie oczka” między pasami niosły wizję wybuchających opon przy każdym wyprzedzaniu i wogle mi się nie podobało. W samochodzie na szybkich drogach, przy wyprzedzaniu tirów albo Kapitanów Snujów myślę o otwarciu chrupek albo poszukaniu innej piosenki na telefonie. A tu – trzymałam się zębami tankbaga i chciałam już tylko zobaczyć zjazd na Zgorzelec. Dramat w trzech aktach.

Ale przeżyłam. Kto da radę, jak nie ja. Za Zgorzelcem zaczęłam się rozglądać za jakąś miłą stacją z cenami paliwa jak najdalszymi od 4,99 zł, bo ciekawa byłam, ile smok pożarł przy jeździe autostradowej. Doturlałam się tym sposobem aż do kolejnej granicy i w Zawidowie, na ostatnim polskim Orlenie, wlałam po niecałych 100 km… niecałe 5 l. No proszę. Można? ;) Przy okazji postoju rozprostowałam kończyny, zjadłam kanapkę i zamieniłam się z panem lokalnym-pałętaczem na 1 euro za 5 zł, bo akurat tylko taką monetę miałam, a on chciał kanapkę ze stacji zanabyć. W kantorze to bym kariery nie zrobiła…

Kilka wiosek i jeden Frýdlant później zbliżałam się już do Liberca. Agrafek i zawijasów z czeskiej krajowej 13-tki nie za bardzo mam jak pokazać, bo jak już wspominałam na fejsie, nagrywały się głównie zamki, a nie trasa ;)

Druga rzecz, za którą kocham Czechy, to genialne oznakowanie dróg. Wjechałam do miasta od nienajgłówniejszej strony (bo chciałam ominąć tę płatną dálnicę, co to niby nie jest płatna – znaki twierdzą że płatna, a autochtoni, że nie) i musiałam je jakoś przeciąć na szagę, bo góra jest po dokładnie drugiej stronie. Już pomijając to, że można jechać na azymut, bo tak jakby – widać ten czubek jak na talerzu :P (vide – tu po prawej) Ale nawet jeśli nie, to cały czas, niemalże co skrzyżowanie, są oznaczenia, że na Ještěd to TAM – bardziej łopatologicznie się nie da ;) Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby wyciągać plan miasta.

A że Liberec jakiś przeogromny nie jest, to raz-dwa i byłam na ostatniej prostej krętej – ku górze. Nieco się obawiałam jak bardzo kręto będzie i jak sobie poradzę z przewyższeniami, ale droga jest zupełnie lajtowa, szeroka i piękna, a zakręty w większości takie jak lubię, czyli łagodne łuki.

Dość powiedzieć, że na górę wdrapał się nawet goldas ;) Dla niego pewnie największym wyzwaniem było wymanewrować do zjazdu w dół na zawalonym pojazdami i ludźmi parkingu pod iglicą. Jednak pierwsze co ujrzałam, wdrapawszy się na szczyt, to były dwie skromne jawy w stanie dalekim od ideału, ale wskazującym na bieżącą eksploatację – czyli prawidłowo. I nie były to jedyne intrygujące wehikuły, z jakimi tego dnia połączyła mnie droga. Wracając, napotkałam jeszcze veloreksa z perakiem, prawdopodobnie panelkę i jakiegoś tuk-tuka ;)

Na szczycie można przebywać po opłaceniu 100 CZK (w przypadku motocykla). Uczyniwszy temu zadość, a pamiętając doznania niczym z sauny po spacerowaniu w Rogalinie w kurtce, zrzuciłam z siebie wszystko co mogłam bez urazy dobrych obyczajów – i po chwili równie szybko zaczęłam wciągać na siebie odzież z powrotem :P Na górze piździ tak niemożebnie, że w myślach już się godziłam z nadciągającym przeziębieniem… Wypisz wymaluj jak na Śnieżce. Jest zresztą więcej podobieństw: ogólna kamienistość, dziwne budynki, porozrzucane tu i ówdzie pomniczki, no i przede wszystkim – widoki!

Nie czuję się wystarczająco kompetentna do przekazania jakiejś wartościowej wiedzy (to wodolejstwo wydało się zresztą dość wcześnie – wszyscy kolejni poloniści adnotowali na moich wypracowaniach, że styl przyjemny, ale treści to w tym nie ma ;P ), dlatego po ciekawostki i kawałek historii odsyłam na stronę Jested73.

Wiatr wiatrem, ale za 100 koron postanowiłam trochę tam pobyć – choć po trzykrotnym obejściu wszystkich dostępnych poziomów „dziedzińca” i wieży, lawirując między grupkami fotografujących się przy Marsjanku albo po prostu „na tle”, obejrzeniu cen w budce na tarasie oraz w bistro w wieży, a nawet zwiedzeniu toalet (są klaustrofobiczne – bo w wewnętrznym „kręgu”, bliżej osi budynku), nie było już za bardzo co robić. Uszczupliłam więc jeszcze zapasy prowiantu, żeby mieć ciut więcej miejsca na zakupy i, chcąc nie chcąc, obrałam kierunek dolů. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Powrót po własnych śladach, żeby wydostać się z miasta, wydawał się najbardziej praktyczny, ale udało mi się źle skręcić na jednym z rond jeszcze przed wjazdem na dalnicę. Nie żeby wizja pogubienia się w obcym mieście „zagranico” – o którym kojarzyłam tyle, że w centrum jest namotane z jakimiś wijącymi się i rozgałęziającymi ulicami oraz że mają fajny przystanek-rzeźbę Černego – była jakoś szczególnie stresująca. Ot, najwyżej trochę więcej zwiedzania, a przecież zawsze z którejś strony wyjadę – co potem, będę martwić się potem ;) Paradoksalnie jednak, przejazd na nos/na azymut/na razie w dół, a potem mniej więcej w tamtą stronę… doprowadził mnie w rejony, które już skojarzyłam i w których pojawiły się oficjalne drogowskazy na Frýdlant i Habartice.

…i pomyśleć, że we Wrocławiu nieraz nawigację włączam (tak, biję się w pierś, zaczęłam używać tego wynalazku szatana – ale we Wro nie czas na zwiedzanie, raczej generalnie brak czasu i muszę przemykać bez zbędnego nawijania km).

Żeby jednak urozmaicić sobie powrót i nie jechać ruchliwą mimo wszystko krajówką, gdzie moje ślimacze tempo irytowałoby auta siedzące mi na dupie, odbiłam w Mníšku na Oldřichov v Hájích, czyli równoległą drogę do Frýdlantu. Początkowo długo, długo zabudowany, przeszedł w końcu w miłą, leśną drogę – ale i tak trafiły się dwa samochody pokutujące za mną, gdy w pięknym kwadratowym stylu pokonywałam nieznanej mi ostrości zakręty w owym lesie. No cóż, shit happens.

Dojazd do Frýdlantu od tej strony jest wyjątkowo malowniczy, wzdłuż rzeki i wokół wzgórza zamkowego. Jest też od razu po drodze Penny, gdzie zaopatrzyłam się w suweniry jedzonkowe.

Po objuczeniu siebie i motocykla, stwierdziłam, że koniec zwiedzania – trza do domu, pozbyć się tego balastu. Plan ów szedł nieźle, bo nawet na autostradzie oprzytomniałam, że przecież nic się nie stanie, gdy będę utrzymywać przyzwoite 120 km/h – a dodatkowo nie będę musiała walczyć z wiatrem o życie :P Ale z każdym kilometrem coraz gorzej dogadywałam się z własnymi kończynami, aż w końcu stwierdziłam, że na następnym MOPie zjeżdżam, choćby na chwilę, byleby tylko wróciło czucie. Wypadło to tuż przed zjazdem całkiem z autobany, w Kraśniku Dolnym.

Chwila relaksu na krawężniku, parę kroków w tę i we w tę, już w pozycji bardziej przystającej homo erectus, o sapiens nie wspominając – i sygnały z najbardziej oddalonych neuronów znów zaczęły docierać do centrum dowodzenia.

Trafiłam nawet we właściwy zjazd, na strefę, zerknęłam w przelocie na Pixers Ring (na żywo jakoś bez szału) i dotarłam do skrzyżowania – w prawo albo w lewo. Jako że tego dnia miałam już dość szukania dróg „na skróty”, wybrałam tę, którą znałam – a która, po skonfrontowaniu mojej trasy z mapą, okazała się tą bardziej dookoła. Ale przynajmniej bez dziur i wybojów, o! Zawsze jakaś pociecha…

Na koniec pozostaje do wyjaśnienia jeszcze jedna kwestia – że za przyjemności zawsze się jednak płaci. Wycieczka owszem wyszła fajna i wydawało się, że od zdrętwienia nóg nic się nikomu jeszcze nie stało… Ale nie w momencie, gdy jedna z nich walczy o samowyleczenie, a motocyklowy kalosz ściska i nie pozwala limfie swobodnie przepływać. O tym wszystkim dowiedziałam się już następnego dnia po pracy, gdy chcąc nałożyć łagodzącą maść na poparzenie, ujrzałam piękny obrzęk w kostce. Wielkości jakichś afrykańskich, plemiennych ozdób. Odczekawszy 2,5 godziny do lekarza wieczorowego i obserwując niebolącą, ale powiększającą się opuchliznę, nadal uważałam, że było warto – bo jak nie teraz, to kiedy? ;)

PS. Własną kostkę ujrzałam znowu dopiero po 4 dniach w okładach z kwasu borowego. Chyba naprawdę czas na nowe buty ;)

Dodaj komentarz