Poznań Motor Show – veni, vidi, nevermore

Poznań zawsze spoko – tak sobie pomyślałam, gdy dumałam, czy się wybrać na „największe targi motoryzacyjne w Polsce”. Motocyklowe we Wrocławiu mnie ominęły – choć miałam tak blisko – warszawskie tym bardziej… Aby więc nie zgnić od codziennej rutyny, postanowiłam się jednak wybrać do miasta koziołków na tę super-hiper imprezę (jak ją reklamowano, bo ja to nigdy nie byłam w ogóle na niczym w MTP). Fałeferą, bo przecież wycieczka samochodem przy niestabilnej początkowokwietniowej pogodzie byłaby zbyt prosta ;)

Część krajoznawcza trasy opisana w poprzednim poście była, jak nadmieniłam, tą przyjemniejszą. Dojechawszy – nie bez pobłądzenia w jednokierunkowych uliczkach centrum – na tyły centrum targowego, zajęłam miejsce na darmowym parkingu dla motocykli. Tak, tu mnie macie… Wytłukłam dupę motórem, walcząc z bocznym wiatrem całą drogę, tylko po to, żeby przyżulić na płatnym parkowaniu samochodu :P Nie żałowałam za to grosza na szatnię – żeby pozbyć się całego kokardażu odzieżowo-bagażowego. Już na tym etapie byłam rozmarudzona wewnętrznie jak pięciolatek, bo gorąco (spacerowanie z podpinką przeciwdeszczową w pełnym słońcu…), bo już mnie nogi bolą od butów, bo wogle którędy tu się idzie do tego pawilonu motocykli i czemu nie ma żadnej mapy… No, powiedzmy, że pierwsze wrażenie mogłoby być lepsze.

Obeszłam… obłądziłam więc najpierw pawilony z wyposażeniem warsztatów, chyba jakiś zakątek kamperowy, z powrotem warsztatowe, minęłam oblepione ludźmi barierki placu, na którym odbywały się pokazy stuntu… Tu macie mapę, żebyście się nie pogubili tak jak ja ;) Po jakichś dwunastu latach wędrówki po omacku, wreszcie trafiłam na to, po co właściwie przyjechałam. Znaczy nie trafiłam. W pawilonie motocyklowym bowiem znalazły miejsce takie marki jak Badżadż czy Tinger (to te rekreacyjne wszędołazy amfibijne – cudne swoją drogą ;) ) oraz, o zgrozo!, jakieś rowery, ale np. Kawasaki to już nie łaska. I nie pomacałam w końcu tego Z900RSa. Trzeba było się jednak wybrać do Warszawy, bo tylko tam się zieloni pofatygowali (foto stąd)…

Zerkając jednym zniechęconym okiem na hitowe nowości Harleja czy BMW, dodreptałam na sam koniec hali, gdzie wreszcie było na czym zawiesić wzmiankowany narząd wzroku. Jak to się zwało… „Poznań Bike Show”. Znaczy customy. Na bezrybiu i rak ryba, więc już nawet wydumki mnie zaciekawiły. Najbardziej ujmujący był strażacki Dniepr (jak zakładam).

Zaparkowany obok niego Watkins to już zbytnie science-fiction dla mnie, percepcja nie ogarnia ;) Wystawka generalnie niczego sobie, pełen przekrój stylów i bazowych maszyn – gdybyż tylko takie podejście dotyczyło całych targów…

Ale niestety, impreza jako całość okazała się dla mnie niestrawialna. Nowości, high-tech, znudzone hostessy podtapiające się w oceanie prestiżu… No nie moja bajka. Miałam nadzieję na większy udział staroci, a napotkałam tylko kilka rodzynków i zlocik tuningowy.

De gustibus… wiadomo. Rekordy odwiedzalności na pewno dowodzą, że jest dla kogo organizować takie wydarzenia, ale ja już wiem, że tym kimś nie jestem.

Jakby tego wszystkiego było mało, odebrawszy graty z szatni, wydostałam się inną bramą niż weszłam i okazało się że jestem całkiem nie od tej strony. Najgorzej. Pokonałam więc te ostatnie 800 m powłócząc nogami i z ulgą wsiadłam na Fafarafę. Wiedząc, że muszę dotankować, trzymałam się znanej mi wylotówki, a finalnie uznałam, że już nie chce mi się błądzić bokami i jakoś zniesę tę krajówkę, przynajmniej będę szybciej w domu. Korek w Komornikach nie stanowił problemu – uprzejme burczenie fałki na niskich obrotach torowało mi drogę. Również i potem niektórzy wybitnie sprzyjający motocyklistom kierowcy ustępowali mi miejsca już przy prędkościach przelotowych, ale nie wyprzedzałam na chama. Wiatr niewiele zelżał, a utrzymywanie ponad 200 kg w ryzach przy nieprzewidywalnych porywach – tym paskudniejszych, im bardziej popędzałam konia – jest jednak nie na moje siły. Jechałam więc spokojnie do czasu, gdy ścierpnięte nogi wymusiły postój – akurat tam, gdzie obiecywałam sobie, że dotrzymam, kawałek przed Lesznem.

View this post on Instagram

Tydzień temu wiało tak niemożebnie, że w połowie drogi z Poznania dokumentnie zdrętwiały mi wszystkie mięśnie i członki, które mam oraz te, których istnienia bym u siebie nie podejrzewała. Oraz dotarło do mnie, że owsianka z proszku to nie śniadanie, a hot-dog nie liczy się jako obiad. Z tego tytułu powitałam widok baru przy BP w Lipnie (przed/za Lesznem) jak zbawienie. I czego by w internetach o tym lokalu nie pisali, nie zmieni to mojej opinii, że jest to bar przydrożny pierwszej klasy (tak, to pochwała :p), a słusznych rozmiarów schabowy z frytami to najlepszy ratunek dla strudzonego wędrowca. Dodając do tego piękne okoliczności przyrody, taras nad wodą i stado dzikiej zwierzyny z gatunku "dobrze-jest-posiedzieć-przy-Żubrze" – mogę polecić to miejsce na popas jak najszczerzej (jest takie słowo, prawda?;) ). #mototrip #classichonda #hondavfr #vfr750f #popas #barprzydrozny

A post shared by byledoprzodu (@cezet180) on

Po szybkim obiedzie mogłam już wlecieć na ostatnią prostą do domu. Im bliżej celu, tym więcej miałam rozpracowanych pozycji jogi w trakcie jazdy – próbowałam wszystkiego, bo nogi jednak dalej dokuczały. Nie wiem, czy problem w butach, czy grubych motodżinsach, które w tej powiedzmy okołosportowej pozycji jednak cisną pod kolanami. Cóż, w najbliższej przyszłości i tak tego nie zweryfikuję, bo w stare skórzane spodnie i tak się nie zmieszczę, więc muszę sobie radzić w tym, co jest. Albo na zdrapkę ;)


Ale Poznań i tak nadal lubię ;) Pewnie dlatego, że go nie znam od podszewki. Z początku każde nowe miejsce jest fajne. No, ale starczy tej Wielkopolski na razie. W tym sezonie stawiam na górki! Ileż można to odkładać… ;)

Dodaj komentarz