Dual sport czoper adwenczer

Z końcem miesiąca spotkała mnie miła niespodzianka, mianowicie odkryłam, że w aucie kończy się paliwo, natomiast zapomniany motór ma pełen bak. Dodając do tego niezgorszą (chwilowo) pogodę, oczywistym wyborem na dojazdy do pracy stał się czoper właśnie.

Tym samym parę razy z rozpędu wybrałam się na popołudniowy patrol po wioskach i innych okolicznych atrakcjach, jak np. S3 w budowie, na której jednak tak mnie przewiało w cywilnych ciuchach, że przerzuciłam się z powrotem na trasy wymagające znikomych prędkości, znaczy się – szutry.

Wybraną dróżkę uznałam kiedyś w przypływie beztroskiego optymizmu za świetny skrót, by ominąć zakorkowany dojazd do poprzedniej pracy. Ale sami wiecie, jak to jest ze skrótami, zwłaszcza takimi „sprytnymi”… ;) Tym niemniej, dzięki tamtemu wybrykowi przynajmniej wiedziałam, że ta polna droga jest przejezdna i gdzieś mnie doprowadzi. Minąwszy paru zaciekawionych rolników na polach, wspięłam się na pagór. Ani duży, ani mały, ale panorama już się jakaś rozpościerała.

Popatrzyłam, uwieczniłam i poturlałam się dalej. Przy czym „poturlałam” dosłownie, bo skoro i tak było z górki, nie uznałam za konieczne odpalać silnika, by kontynuować podróż ;) Miałam przynajmniej próbkę tego, jak by się jechało motocyklem elektrycznym, przy akompaniamencie samego tylko szumu opon na piasku. Nic odkrywczego tu nie wniosę – lipa trochę i nudą zalatuje. Mniej entuzjazmu odczuwałam tylko w scorpiu w automacie.

Krążąc po wsiach, zrobiłam jeszcze przystanek na rozgrzanie dłoni i rozprostowanie kości, wybierając w tym celu malownicze tło w postaci zapuszczonego pawilonu handlowego, jak mniemam.

Ale jako że robiło się już konkretnie chłodno, a resztki marnie grzejącego słońca uciekały bezpowrotnie, postanowiłam kierować się jak najszybciej do domu, zanim całkiem przemarznę. Plan ów szedł nieźle do momentu, gdy znalazłam się w ostatniej wsi przed granicami miasta. Włączył mi się klasyczny objazdywacz, czyli gdzie-by-tu-jeszcze-skręcić-żeby-nie-kończyć-tak-szybko i wybór padł na szutrówkę, którą wytyczany jest zazwyczaj wyjazd z okolic toru motocrossowego, gdy odbywają się na nim większe imprezy. Całkowicie przejezdny, dla samochodów i motocykli – co mogło pójść źle? ;)

Ha, no jak to co? Pomyliłam drogę :P Jadąc od drugiej, niż parę lat temu, strony, nie skręciłam gdzie trzeba, lecz radośnie pojechałam przed siebie. Ku przygodzie ;)

Ufna w możliwości terenowe szadoła (ehe…), nieustraszenie pięłam się pod górę koleiniasto-wąską, krętą ścieżką poprzez las. Na szczęście w takich okolicznościach nie ma czasu się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry wybór, by jechać dalej, bo po prostu trzeba wjechać na samą górę i wtedy myśleć, a nie stanąć w połowie pochyłości i ani w tę, ani we w tę. Motór dzielnie podołał, bo jest małym traktorkiem i nie rozpędzając się szaleńczo, mogłam się wspinać nawet po luźnych kamieniach ;)

Po osiągnięciu szczytu, na rozjeździe mogłam wybrać drogę w prawo jeszcze bardziej pod górę lub prosto, po płaskim. Poszłam na łatwiznę. Tak mi się przynajmniej zdawało ;) Pyrkając sobie po śladach wyjeżdżonych w trawie, dotarłam ostatecznie do urwiska. No, nie takiego znowu dramatycznego, ale licentia poetica :P W każdym razie, droga miała się zmienić, kierując w dół, całkowicie już po trawie, ponieważ… juz wiedziałam gdzie jestem i że nie na oficjalnym wyjeździe z toru (tyle to już domyśliłam się wcześniej ;) ). Znalazłam się otóż koło toru. Bardzo koło, tuż obok. Ową „drogą serwisową” w czasie imprez chadzają sobie kibice w poszukiwaniu co lepszych miejscówek, przy czym można z niej sięgnąć tak, żeby przybić z zawodnikami piątkę.

Powiecie – no i po co cały ten suspens? Już wyjaśniam. Miejsce, w którym powstał tor, zwie się Górkowem nie bez powodu. Co dla motocrossowców jest zaletą i atrakcją, dla mnie oznaczało, że z miejsca, w którym się znalazłam, mogłam kierować się już tylko w dół (siłą rzeczy). Pamiętałam natomiast, że z którejś strony toru była taka niemożliwa kozia ścieżka, którą ledwo na piechotę szło się wspiąć. Pozostało mi mieć nadzieję, że nie trafię na nią po drodze. Ostatecznie, przecież nawet karetka jakoś tu wjeżdżała, żeby dyżurować na zawodach. Nie mogło być więc aż tak źle… Chyba ;)

Pokonałam trawiasty odcinek niepokojąco blisko błotnistego toru i dotarłam do kolejnej stromizny. W pierwszym panicznym odruchu pomyślałam „kozia ścieżka!”, ale po chwili otrzeźwiałam, widząc, że jest szerzej i wcale nie aż tak stromo. Z właściwą sobie ostrożnością, pokonałam ją jednak na obu hamulcach i zwalniając coraz bardziej, bo już widziałam, że na końcu czeka mnie najlepsze… Błocko. Na oko nie za głębokie, nie za duże, ale też nie do objechania ;) Dojeżdżając, szybko kalkulowałam, czy odważyć się na pełny ogień środkiem, czy bez znajomości gruntu trzymać się obrzeży, które mogły być nieco bardziej stabilne. Jestem nudziarą, wiem – wybrałam bezpieczniejsze wyjście ;) O ile przednie koło utrzymało się na tym „stabilniejszym”, to ciężka dupa oczywiście ześlizgnęła się w kałużę, co zmusiło mnie do wykrzesania odrobiny dynamiki z  maszyny. No, niech już ma, że jest scramblerem (po trochu) ;)

Potem jeszcze kawałek po trawie pod górkę – akurat tyle, żeby obetrzeć opony i but z błota – i triumfalnie wydostałam się na cywilizowany, płaski teren. Ku zdziwieniu popasających w pobliżu crossowców. No bo wystawcie sobie taki widok – wyjeżdża z krzaków za torem średniej wielkości czoper z jakimś leszczem w zwykłym kasku, kurtce typu parka, dżinsach i botkach zamszowych koloru szarego. WTF ;) Ale może nie takie rzeczy tam widywali ;)


Jak to zwykle bywa, przy takich okazjach nigdy nie ma się kamerki, ale stwierdziłam, że nic straconego. Mimo że na ponowne pokonanie tej drogi motocyklem „na trzeźwo”, wiedząc w co się pakuję, już bym się nie zdecydowała (chociaż trochę kusi ;)), to postanowiłam wziąć kamerę, psa i przejść się tamtędy z buta – zawsze to jakaś miła odmiana od stałej trasy spacerowej po osiedlu.

Nagranie wyszło oczywiście roztrzęsione, ale pocieszam się tym, że na motocyklu wcale nie byłoby lepiej ;) Dla ułatwienia wrzuciłam co jakiś czas przypominacze, żeby było łatwiej się wczuć w klimat offroadowego czopera na szlaku ;) Voila!

3 Comments

  1. horstsobota2

    Taki spontan to mi jednak nie grozi, jako ze zawsze mam zbunkrowane w garazu minimum 80 litrow benzyny jako rezerwe. Takie sa uroki mieszkania niedaleko panstwa z najnizszym mozliwym VAT-em w UE i co za tym idzie, takze najtanszym paliwem. Zawsze poza tym w garazu jest Kropek, ktory ma najwiekszy zbiornik ale jezdzi najmniej ;)

      1. horstsobota2

        Tak nie do konca, bo jednak placic trzeba ;) Ale prawda jest taka, ze bardzo dawno nie widzialem w zadnym z pojazdow kontrolki rezerwy. Nie dotyczy Jawy oczywiscie z racji braku takowej oraz bycia dwusuwem, co niestety zmusza ja do pofatygowania sie osobiscie do benzynopoju ;)

Dodaj komentarz