wycieczka: Na wesele szlakiem zamków i pałaców #2

Oczywistym jest, że przy moich skłonnościach do jazdy – pardon le mot – zadupiami, za najlepszy tranzyt Warszawa-Wrocław uważam trasę składającą się w dużej mierze z odcinków dróg wojewódzkich. Czyli tych dobrych nawierzchniowo, ale nieruchliwych. Ale to w połowie, bo druga połowa drogi przebiega niestety autostradą. Tak, jestem zdolna do takiego wyrzeczenia, byle tylko ominąć Łódź i jej okolice, które są trójkątem bermudzkim, zawsze się tam gubię, raz nawet, gdy jechałam Polskim Busem, to kierowca też pobłądził :P

Ów szlak*, który uważam za autorski, choć pewnie znany jest nie tylko mi, ale wynalazłam go sobie na mapie techniką „na azymut przez wiochy”, dało się pokonać w 4 godz. (golfem dwa), więc nie tak źle ;)

*Szlak ów (klik)

mapa2Warszawa – A2 – węzeł Wartkowice – DW703 – Poddębice – DK72 i DW703 – Porczyny – DW473 – Dąbrówka – DW479 – Rossoszyca – DW710 – Warta – DK83 i DW710 – Błaszki – DW449 – Grabów nad Prosną – DW447 – Antonin – DK25 i S8 – Wrocław

 

Jednakże w okolicy zbiornika Jeziorsko zdarzało mi się wybierać opcję alternatywną przez Rzymsko, głównie w celach widokowych z niedużej, ale zapory.

Zdarzały się i inne wyskoki, np. o podłożu krajoznawczym, by odwiedzić miejscowość Niewiesz (nieopodal jest też Czekaj :P).

Dodając do tego wspomniane przypadki niezaplanowanego błądzenia (np. przez Szadek), w efekcie powstał mętlik w moim osobistym, wewnętrznym GPSie. A że tym razem jechałam tędy po dłuższej przerwie i bez jakiejkolwiek mapy, musiało się to skończyć tak, jak się skończyło :P

mapaDotarłam do Uniejowa. Przy Rynku ktoś mądry postawił tablice z planami miasta i okolic i co nieco mi to rozjaśniło, gdzie dokładnie jestem. W sensie, że za bardzo na północ. Ale zabrakło akurat tego fragmentu, który by mnie nakierował na właściwą trasę z powrotem. Postanowiłam więc poszukać informacji turystycznej – tam muszą mieć jakieś mapy, choćby i całej Polski! Jeden z punktów IT mapa stacjonarna wskazywała gdzieś w okolicy zamku… Cóż mogłam zrobić, nie było wyjścia – poszłam zwiedzać ;)

No i jest, w końcu… Po tym przydługim wstępie – obiecany zamek!

Tak byłam nim zaaferowana, że nie wstąpiłam nawet do term (a chyba tam mieściła się IT), które są tam właściwie najgłówniejszą atrakcją. Ale jak już przy nich jesteśmy, to na pewno Was zainteresuje, że Uniejów to najmłodsze uzdrowisko w Polsce (od 2012 r.), a cały myk jest w tej solance z głębi Ziemi, która zresztą ogrzewa pół miasta, w tym komnaty hotelu na zamku oraz baseny otwarte. Bajer, można się pomoczyć w środku zimy jak te makaki w Japonii :D

A zamek… Zamek jest najprawdziwszy, gotycki (pierwotnie), XIV-wieczny (mocno przebudowywany potem). Ma nawet swoją białą damę! Pannę, co to bohatersko uratowała mieszczan przed rzezimieszkami, kosztem własnego życia. Nie trzeba czekać do nocy, spotkać ją można w parku, na cokole – w miejscu jakże zasłużonym.

Najpierw jednak udałam się do środka. „Z pewną taką nieśmiałością” weszłam na puściuteńki dziedziniec, rozglądam się, czy tu się płaci, czy nie… Mam szukać kogoś, żeby mu wcisnąć pieniądze czy wbijać jak do siebie, czy co?… Napatoczyła się w końcu jakaś żywa dusza i pokierowano mnie, żeby iść na górę, do recepcji. Już po drodze gdzieś mignęło mi info o możliwości wejścia na wieżę zamkową, więc pierwsze o co spytałam miłą panią za ladą, było to właśnie, a nie jakieś tam mapy, mniejsza o nie ;)

Ogółem, to więcej szczęścia niż rozumu, bo nie dość, że był poniedziałek (standardowe muzea nieczynne), to nie miałam przy sobie grosza ani w bilonie, ni w papierku. A pani mi mówi, że tak, oczywiście, można wejść na wieżę i nie ma najmniejszego problemu, żeby za bilet (bodajże 4 zł?) zapłacić kartą. Miałam chęć panią ozłocić :D

Podążyłam więc coraz bardziej zwężającymi się, coraz surowszymi korytarzami, by dotrzeć do tej okrągłej przybudówki, w której pomieszczono przekrój wszystkich dostępnych konstrukcji schodów kręconych i nie tylko.

Wieża nie jest wysoka, ale miejscowość z góry prezentuje się ładnie i do tego jest jeszcze widok na rzekę u stóp zamku – więc jak najbardziej warto się wdrapać. Tylko nie na murek ;)

Z punktu widokowego nietrudno też wypatrzyć zastanawiającą… fontannę? Źródełko? No, po prostu dwie armaty tryskające solanką :P Oczywiście musiałam jeszcze tam poleźć przed odjazdem. Oprócz wodopoju, spotkałam też drewnianego Borutę z rybą i równie ekologicznego – nie wiem kogo – króla? Unieja?

Wyjątkowo ładne miasteczko. Aż żal, że tak mało czasu było na postój. Ale mój plan wycieczki robił się coraz bardziej napięty, bo nie wiedziałam, do której otwarty będzie kolejny zabytek. Jeśli – w najgorszym razie – do 17.00, to mogłam dotrzeć tam na styk, szkoda byłoby pocałować klamkę…

…a po drodze oczywiście jeszcze udało mi się zgubić po raz kolejny ;) Wybierając zły zjazd w Błaszkach. Przez to, że kiedyś tam tankowałam, ubzdurało mi się, że właśnie koło stacji trzeba skręcić. Cholerny Alzheimer… Ale przez to spotkałam kolejną panienkę na cokole – tylko ta tutaj jest anonimowa, taka ogólnie „ku czci bohaterów tej ziemi”. A potem zaczęły się te piękne lasy… Ale nie ze mną te numery. Aparat na podorędziu, parę fotek w biegu i ukontentowana mogłam jechać bez dalszej zwłoki ;)

W Antoninie, który był owym kolejnym postojem, me obawy okazały się płonne, bo z racji bycia kawiarnią Pałac Myśliwski Radziwiłłów był czynny do 21.00. Jak miło ;)

Miejsce bardzo nietypowe. Nie dość, że sam budynek jest osobliwej konstrukcji – ośmiobok z drewna modrzewiowego, z wielką kolumną pośrodku – to jeszcze łączy brutalną tradycję myśliwską z artystyczną schedą po delikatnym Chopinie. Był tu dwukrotnie i wyjeżdżać po dobroci nie chciał, tak był zachwycony (wcale mu się nie dziwię). Obecnie pamięć po nim utrwalana jest przez cykliczne festiwale i koncerty, a na co dzień – w postaci zgromadzonych pamiątek i rozbrzmiewającej nienachalnie muzyki. Jedynej słusznej, oczywiście ;)

A przy tym wszystkim, ciężko oderwać wzrok od tej niesamowitej kolumny…

Tu również jest pełna cywilizacja, za herbatę i bajeczną szarlotkę można zapłacić kartą, choć chwilę trwa wyłapanie sygnału przez urządzenie w tym środku kniei (mimo że tuż przy drodze krajowej).

Po nasyceniu się kulturą polecam rundkę po parku, by zażyć pięknych okoliczności przyrody.

A tu Mysza wyszła jak resorak ;)

A tu Mysza wyszła jak resorak ;)

W tę stronę wyszło może skromniej z ilością postojów, ale jakościowo… miód! Zachęcam do odwiedzin w obu przybytkach, niekoniecznie gubiąc się bez mapy – dotarłszy celowo, też będziecie zadowoleni ;)

3 Comments

  1. Grzegorz

    Łał, super miejsce. To niedaleko ode mnie, ale w sumie nigdy się nie wybrałem – teraz może starczy motywacji, bo widzę, że warto. Tylko poczekam na bardziej sprzyjające warunki atmosferyczne…

Dodaj komentarz