MotoClassic, którego miało nie być

Zrezygnowałam z tegorocznego MotoClassica. Ceny poszły w górę, moje oszczędności w dół, przekonywałam swój rozsądek, że po co mi ten cały wyjazd, paliwa przecież nie dostanę w prezencie, co roku jest podobnie, zresztą zaszalałam już z Oławą, to może wystarczy tej rozpusty? I się przekonałam. A potem, tuż przed weekendem, autor Szrociaków ogłosił konkurs. I okazało się, że moje argumenty nie były wystarczająco skuteczne :P

Mając już zatem przyobiecany darmowy bilet, stwierdziłam, że załatwię przy okazji parę spraw we Wrocławiu i na koniec na chwilę zajadę popatrzeć na auta. Pogoda, o dziwo, miała być inna niż co roku – pochmurno, może nawet deszczowo, choć ciepło. Niedoczekanie, we Wrocławiu powitała mnie patelnia, niezmienna od lat w tym terminie ;) Owe dodatkowe plany opiewały na objechanie kilkunastu sklepów winylowych w poszukiwaniu ślubnego prezentu. W trakcie przekopywania pierwszego z nich dotarło do mnie, że trwa to zbyt długo i w tym tempie nic nie załatwię, więc podjęłam męską decyzję i wyszłam stamtąd zadowolona z obiecująco wyglądającym dwupłytowym wydawnictwem z gitarą i błyskawicami na okładce ;)

DSC_0055Pierdu-pierdu – powiecie – do rzeczy. Ale wspominam o tym, bo nastraszona przez sprzedawcę, że w taką pogodę absolutnie nie powinnam zostawiać swej zdobyczy w samochodzie (bo się poniszczy, odkształci i rozpłynie jak zegary na obrazach Dalego), musiałam ją potem wziąć ze sobą w ten tłum, w ten upał, będąc już wstępnie obładowana torbą z aparatem i butlą mineralnej (z roku na rok jestem coraz lepiej przygotowana :P). Więc to by było na tyle, jeśli chodzi o komfortowe zwiedzanie. Nie wiem, czy płyty lepiej zniosły spacer w reklamówce i odkładanie ich co chwilę na ziemię, żeby mieć czym złapać aparat, czy jednak lepiej by im było w bagażniku, ale do tej pory obdarowany nie zgłaszał reklamacji, więc może jakimś cudem przeżyły. Aha, płynęły też kajakiem :P (może to je zrelaksowało i dlatego się nie popsuły? ;) )

DSC_0054Nauczona doświadczeniem z lat wcześniejszych, w ramach środków zapobiegających śmierci z przegrzania miałam ze sobą wspomnianą wodę i nakrycie głowy, ale wiadomo – nie ma to jak wywczas nad jeziorem ;) Kiedy tak zatem, pomiędzy kolejnymi okrążeniami terenu, siedziałam na trawiastym brzegu zamkowego stawu, mimowolnie obserwowałam poczynania ratowników wodnych i podchodzących do nich na pomost ludzi, którzy sobie tak-o po prostu dostawali kapoki i sru na wodę, do romantycznej łódki lub wyścigowych kajaków.

DSC_0060Zgrzytnęły wtedy nieużywane kółka zębate w mym umyśle i podeszłam zapytać, jak to się odbywa. Usłyszałam najpiękniejszą odpowiedź… „Na koszt firmy” :D Warto było! Warto było pokonać te 100 z okładem kilometrów, żeby na darmowej wejściówce dodatkowo za darmo popływać kajaczkiem, pierwszy raz w tym sezonie. Człowiek-okazja na całego ;)

DSC_0001Wracając do meritum, bo kajaki pod koniec października pewnie są równie interesujące, co zeszłoroczny śnieg… MotoClassic ma tę specyficzną cechę, że warto robić zdjęcia napotykanym pojazdom od razu, bo za chwilę mogą po prostu… odjechać nam sprzed nosa, w sobie tylko znanym kierunku ;) Tak było choćby z niniejszym indianem.

Zawsze podkreślam ogólną specyficzność tej imprezy i jej wyjątkowy charakter jak na warunki naszego krajowego grajdołka, ale jednak parę rzeczy trzeba zdementować. Bodajże ze sceny padły słowa, że to największa impreza motoryzacyjna i jedyna z takim klimatem, z czym ośmielę się nie zgodzić. We wspomnianej już Oławie pojazdów było ponad czterokrotnie więcej (fakt, że nie wyselekcjonowanych, ale jednak mniej lub bardziej wiekowych, więc spójność zlotu była zachowana), tłum odwiedzających też był odpowiednio większy. Jeśli chodzi o klimat, to tu już również nie są monopolistą, bo w pałacu w Mierzęcinie odbyła się w tym roku po raz pierwszy Classica, czyli zabytki na kołach, wino, konie… Robi się światowo ;) Jedno, co można przyznać, to to, że MotoClassic jest największy i jednocześnie z takim klimatem. Na razie… ;)

Ale co roku jest tu jednak parę smaczków, nie do spotkania nigdzie indziej ani nigdy wcześniej na tej imprezie. Superciekawostką, na którą trafiłam na początku, w budynku muzeum (priorytet: schronić się w cieniu ;) ), były porszaki, 3 x 959. Jedno całe, jedno przekrojone i jedno dakarowe.

DSC_0006

DSC_0017

Poza tymi delicjami, stało wokół jeszcze sporo innych supercarów, ale to niezbyt moja bajka, nie progi na moje nogi, więc się nawet nie zbliżałam. Czas było się zmierzyć ze światem na zewnątrz…

A na trawce też wyższe sfery. Jak to na dziedzińcu – crème de la crème. Najbardziej efektowne amerykańce, samochody-bryczki, wczesne lata automobilizmu… A pomiędzy nimi, na środeczku, rajdówki i zestaw… bo ja wiem?… luksusowych youngtimerów? W każdym razie, wśród nich najbardziej przykuwało wzrok nietypowe ferrari w bardzo nietypowym dla marki kolorze ;)

Trochę dalej znalazłam coś ciekawszego dla moich oczu – stoisko Oldtimerbazaru. A tam m.in. Motorydwan (by Dezamet ;) ), parę ciekawych skuterków (Čezeta, IWL, Peugeot), skustomowany junak i mnóstwo innych staroci. Część z nich została już przedstawiona w filmach pana Kawałka.

DSC_0033

DSC_0035

Największy opad szczęki spowodował oczywiście Motorydwan (jakże adekwatna nazwa :P). Mieli twórcy fantazję. Trochę nie trafili na korzystny moment dziejowy, żeby ich dzieło odniosło rynkowy sukces (wyskoczyli z tym tak ze 30 lat za późno), ale jakby tak teraz znowu ruszyć z produkcją i wysyłać to na Daleki Wschód… Myślę, że coś by się jeszcze dało ugrać na tym interesie ;)

Zbiory muzealne wyeksponowano osobno, w innej części.

Przejdźmy teraz na błonia zamkowe. Tu sobie wypatrzyłam zaułek z youngtimerami. Oba na sprzedaż. Może ;)

DSC_0065

DSC_0106

Gdzie indziej prezentował się jeszcze taki jegomość.

Na łące dało się odczuć subtelną zmianę. Panował tam wprawdzie tradycyjny misz-masz, ale ograniczono liczbę demoludów. A dokładniej – zgromadzono je trochę na uboczu, obok kolekcji warszaw i ciekawego przedsięwzięcia w postaci prlowskiego biwaku, dokąd zaraz przejdziemy, a tymczasem jeszcze przegląd marek zachodnich:

DSC_0078

Mnie najbardziej ujęła grupa fiacików.

DSC_0083

DSC_0091

Fiat 2300S Coupe. Jeden z ok. 3500 szt., ten o numerze… 3930. Don’t ask me :P

Nie pozostałam też obojętna na wdzięki datsuna ;)

Ujmujące wnętrze któregoś z mercedesów.

Ujmujące wnętrze któregoś z mercedesów.

Tradycyjnie, swój kąt miały pojazdy wojskowe:

Strażacy zaś nie tylko stali, ale też czynnie zabawiali dzieciarnię i zapewniali ochłodę wszystkim chętnym, także tym z własnych szeregów.

"E.. Eej, chłopaki, mogę z wami postać?"

„E.. Eej, chłopaki, mogę z wami postać?”

Zakątek bratniej motoryzacji. Trzeba przyznać, że zgromadzono ciekawe egzemplarze, a nie wszystkie duże fiaty z okolicy.

Wspomniany camping z epoki przywoływał wiele wspomnień, niekoniecznie związanych z syreną – te namioty przeżyły niejedną królową szos. Fakt, miały tendencję do przeciekania i wiecznie gdzieś się gubiły śledzie, ale za to po ułożeniu ich razem ze śpiworami w nogach przedziału pasażerskiego miałam z owczarkiem niemieckim zupełnie wygodne legowisko w podróżach na drugi koniec Polski. Bez fotelika i zapiętych pasów (o zgrozo)!

Trafił się nawet zupełnie elegancki dzik – godnie zastępował ubiegłoroczną reprezentację zetorów.

Kolejną z tegorocznych ciekawostek był zlot jensenów, konkretnie „1st International Jensen Meeting” zorganizowany z polskiego ramienia Jensen Owners’ Club na 50-lecie modelu Interceptor. Nie liczyłam, ale wg relacji zlotowiczów było 15 sztuk. Nie co dzień się widzi jakiegokolwiek, a co dopiero tyle naraz ;) Tu relacja z pierwszej ręki.

Do tegorocznej kolekcji Szrociaków dołączyło trochę nowości. W ogóle wydawało mi się, że one tam są tylko podczas MotoClassica, ale gdzieś przypadkiem w internetach dojrzałam, że zalegają tam po krzakach całorocznie ;)

DSC_0154

I tak to się pokrótce przedstawiało. Jak będzie za rok? Zobaczymy. Jeśli znowu zaproszą food trucka z goframi na słono, to przyjadę na bank :P

2 Comments

Dodaj komentarz