Nie tylko do przodu, lecz także do góry

Wydawałoby się, że na wiejskich festynach wszystko wygląda zawsze tak samo. Scena, ktoś gra, stragany, gofry, kiełbaski, kupa ludzi i zawody motocrossowe w tle ;)

DSC_0333A nie, wróć, tak to było w Gaworzycach na MotoPikniku odbywającym się na ichnim torze do upalania wszystkiego, co terenowe i w wadze lekkiej. Tym razem dla odmiany wybrałam się tam nie dla motocykli. No, dla nich też bym się wybrała, ale czasowo się nie zgrało, bowiem dopiero od 18.00 – gdy po torze mogli się już plątać ludzie, a spakowane motocykle wracały do domów – przewidziano loty balonem :D Takiej atrakcji tuż pod bokiem nie mogłam przepuścić i byłam gotowa wydać na nią ostatnie pieniądze. Na szczęście okazało się, że zabawa kosztuje tylko dyszkę, no ale przez to – tak, dobrze zgadujecie, że za tyle, to się zbyt długo nie lata ;) – polegała jedynie na wzniesieniu się te paręnaście metrów nad ziemię i powrocie na dół. Może brzmi mało emocjonująco, ale jak się to oglądało z bliska, stojąc w kolejce, to momentami robiło się gorąco i akurat nie od płomienia „napędowego”. Jeszcze wznoszenie się, to pół biedy, ale patrząc, ile wyczucia wymaga lądowanie, żeby nie dupło koszem o ziemię, kolokwialnie mówiąc, to niezachwiane postanowienie znalezienia się w tym koszu jakby lekko się podkruszało :P Ale jeśli nie teraz, to kiedy?

DSC_0348Przyjechałam trochę po 19, licząc że kolejka już się przerzedzi, ale niedoczekanie… Robiło się coraz grubiej, zwłaszcza że – jak to w polskim kraju – jedni podchodzili uczciwie na koniec, ale cała reszta pchała się bokami na przód, więc balon kursował mozolnie góra-dół, a kolejka do przodu się nie przesuwała. Nieubłaganie robiło się coraz później (o 21 mieli skończyć), więc z zapowiadanym podziwianiem widoków okolicy mogłam się pożegnać, a w pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, że i z samym lotem… Patrząc, w jakim tempie kończą się obsłudze butle z gazem, po założeniu ostatniej nie liczyłam na wiele, ale postanowiłam stać do końca, póki nie rozgonią chętnych, bo a nuż-widelec.

I udało się :) Po ponad godzinie oczekiwania, jednym z ostatnich wzlotów, w kompletnej ciemności… a może dzięki temu było to jeszcze ciekawsze? Piękna sprawa, w każdym razie. Bardziej lewitacja niż lot ;) Wieczorny wiatr już trochę miotał całym zestawem, ale ta chwila zawieszenia w niczym, pod niczym, bez huku płomienia… warte nie tylko tych 10 zł ;) Śmiem twierdzić, że nawet i z piątaka więcej :P Nie no, warte o wiele większych kwot, serio, i nie dziwię się, że standardowe loty rekreacyjne kosztują setki PLN, ale jak kogoś stać, to warto. Za dnia, nocą, nad polami, miastami, w górach. Jakbym miała taki balon, to bym wszędzie latała, po bułki też :D

Jak coś nie ma silnika, to wydaje się, że jest banalne w obsłudze – przynajmniej ja mam odruchowo takie przeświadczenie. A przecież ile trzeba finezji, podświadomego niemal czucia, żeby opanować ruchy takiego kolosa czy szybowca, czy choćby roweru (przypominam wyczyny „stunterki” rowerowej: Nicole Frýbortová), gdzie żaden silnik nie wyręcza człowieka w pracy swym brutalnym wpływem na prawa fizyki :P No dobra, balon niby ma ten płomień, ale łapiecie o co chodzi, mam nadzieję ;)

Ma albo nie ma, jak uczy film produkcji czeskiej… ;)

Ani w tym roku, ani nigdy dotąd nie byłam, ale w przyszłym na bank wybiorę się na festiwal balonowy koło Świdnicy, po cichu licząc na kolejną okazję do wzniesienia się.

Tak czy siak, żeby nie było zbyt słodko i żeby nikt mi nie zarzucał, że się sprzeniewierzam ideom, przechodząc na zieloną stronę mocy, w kolejnym wpisie wystąpi przebrzydła, dymiąca abominacja, twór sprzeczny z naturą i wstrętny jej, aczkolwiek malutki i włoski ;)

Psotny dzieciak co chwilę robił mi niezamierzony photobombing w kadrze, gdyż najwyraźniej niesamowicie bawiła go idea, że szarpiąc za linę, wywoła jakieś poruszenie w koszu (ehe), ale muszę przyznać, że wyszło to nawet lepiej, niż w moim pierwotnym zamyśle, więc ręka zostaje ;)

Psotny dzieciak co chwilę robił mi niezamierzony photobombing w kadrze, gdyż najwyraźniej niesamowicie bawiła go idea, że szarpiąc za linę, wywoła jakieś poruszenie w koszu (ehe), ale muszę przyznać, że wyszło to nawet lepiej, niż w moim pierwotnym zamyśle, więc ręka zostaje ;)

Aha, a tym konkretnym balonem powozili ludzie z Balloon Expedition. Przeżyłam, mogę polecać ;)

3 Comments

  1. K

    Uroczy odcinek poboczny blogowego wątku :) Taka mała rzecz a cieszy. Ale pod balon podjechałaś jakąś maszyną? ;) Tak patrząc na pierwszą fotkę to szkoda, że „lot” odbył się wieczorną już porą, bo widoki zacne, oj zacne. Podziwiam jednak wytrwałość w chęci przeżycia odlotu i fajnie, że ten odbył się, nawet po ciemku :) Zdanie o lataniu balonem po bułki made my day :D Finezja w opisie zrozumienia działania konstrukcji bezsilnikowej również spodobała mi się, uchwyciłaś celnie jakie to ustrojstwo mimo prostoty ciężkie jest do ogarnięcia :) Liczę na rozwinięcie balonowego tematu kiedy odwiedzisz poświęcony im festiwal :) Pozdrawiam i dobrej pogody na różne odjazdy życzę :)

    1. byledoprzodu

      Miałam jechać hondą – w końcu to MOTOpiknik – ale za gorąco, nie chciało mi się, wzięłam fiestę i było to dobre posunięcie, bo dojazd na tor miał konsystencję plaży… Nie ze mną te numery, jedno pływanie w piachu na rok mi wystarczy :P
      Lot w ciemnościach też miał zalety, było bardziej… ja wiem?… kameralnie ;) Widoki zawsze można obejrzeć z jakiejś wieży (nawet wyżej by to było niż tu w balonie), więc to nie aż taka strata. No i ogień lepiej się prezentował. Jak to wygląda za dnia, się zobaczy w przyszłym roku :)
      Jakby się nadarzyła okazja, to polecam spróbować koniecznie :D

Dodaj komentarz