wycieczka: W poszukiwaniu OW Wilga

Gdzieś mi wpadły w oko ciekawe zabudowania ośrodka wypoczynkowego w trochę dalszym pobliżu. Ośrodek typowy – lata coś około 70., jezioro, domki – każdy wie jak to wygląda. Więc po co tam jechać? Bo ileż można kursować na lody czy gofry do Sławy ;) Albo do Boszkowa, jeśli kto bardziej wybredny. Ja natomiast jestem kombinator pierwszej wody, więc jeżdżenie tam gdzie wszyscy nie jest tym, co mi się uśmiecha.

No to pojechałam… do Rudna. Tam gdzie robią ten ogromny zlot motocyklowy. Ja to jestem oryginalna, faktycznie :P

Zmierzając tam, nie to mi jednak przyświecało. Nawet nie skojarzyłam, że to TO Rudno. Typowe zaćmienie umysłu. Zresztą, wybrałam się z takim przygotowaniem, że nawet nie byłam pewna, czy ośrodek którego szukam, znajduje się w tej wsi, czy w tej obok – Wilcze. Nie zdziwią zatem nikogo perypetie, które zaraz opiszę.

Bez przeszkód dojechałam do Świętna (jeśli nie liczyć dyskusyjnej jakości nawierzchni między Lubogoszczą a Sławocinem, ale to nic nowego) i odtąd zaczęło się nieznane. Wyjątkowo przyjemne dla oka – droga wojewódzka przez las, czyli nie za szeroka, niezbyt akurat uczęszczana. Nawet niezbyt dziurawa czy połatana. Byłaby idealna, gdyby nie podbijające asfalt korzenie. Nie minęło jej wiele i dotarłam do Wilcza. No i się rozglądam. Domki, dacze, jedno zagłębie rozrywki dla przyjezdnych, ale nigdzie mojej zapyziałej Wilgi. Wioska się skończyła, zawracam (noo, nie tak od razu, gdzieś po 2 km, bo ta droga przez las taka ładna ;) No i ośrodki czasem lubią być poza terenem zabudowanym, ale jednak nie tym razem), postanowiłam zasięgnąć języka. Trafiłam na niemiejscowych, też nic nie wiedzą, ech… No to odbijam w bok, do tego Rudna, może to jednak tam.

Mijam ze dwa zjazdy, które potencjalnie mogą prowadzić do OW, ale nie widzę ogromnego telebimu z błyskającą nazwą Wilga, więc uznaję, że to nie tam ;) Dojeżdżam więc na sam koniec wsi, gdzie droga chowa się w bramie ostatniego na trasie ośrodka. Tutaj przynajmniej wita od razu jego nazwa – Wielkopolska. Nie to, czego szukam, ale zajrzeć można, klimat podobny, może też znajdę coś ciekawego. Odbiłam w kierunku przeciwnym do recepcji (żeby przypadkiem nie musieć rozmawiać z żadnym człowiekiem ;) ) i zaciekawił mnie wąski wjazd na tarasowy plac z widokiem nad jezioro. Z jednej strony budynek hotelu (?), z drugiej – o dziwo – działająca pizzeria, z trzeciej dziwny konstrukt, jakby mały amfiteatrzyk.

DSC_0119

Okazuje się, że zaparkowałam w sercu zlotu ;) To tu się wszystko odbywa, a na każdym skrawku owego tarasu parkują motocykle. Ale tym razem mi się udało, wyprzedziłam wszystkich :P Zlot dopiero za dwa tygodnie ;)

Ale cóż to? Oto nadchodzą trzy panie wczasowiczki, które mijałam przy wjeździe. Na pewno będą wiedzieć, gdzie w pobliżu są inne ośrodki. Pytam, kierują mnie tam, gdzie już byłam – nie szkodzi, to niedaleko. Dostaję precyzyjną wytyczną, żeby skręcić koło kościółka w Wilczu. Cudownie, wszystko wiem. No to chwila oddechu, łyk wody, trzy kroki, żeby zobaczyć z bliska tutejsze szuwary i mogę jechać.

DSC_0118

Dojechawszy w okolice kościółka, zahaczam jeszcze innych ludzi, żeby się upewnić. Ci nie wiedzą, pytam następnych, którzy akurat przechodzą. Ojciec z córką entuzjastycznie kierują mnie rzeczywiście na dróżkę w las vis-a-vis bożnicy, choć nie są pewni, czy jest tam taki ośrodek, ale nie wykluczają, że może być. I sami też tam akurat się kierują. Jest to w każdym razie droga nad jezioro. Zapomnieli nadmienić jedynie, że dróżka składa się z mącznego piasku. Wybornie. Zawrócić średnio, to jadę przed siebie. Jeden zakręt, drugi. Tor motocrossowy mi się trafił, psiamać. Męczę sprzęgło, niezgodnie ze sztuką asekuruję się nogami i wreszcie jest! Nie, nie ośrodek. Piach się nieco utwardza i mogę się zatrzymać – miejsce na postój i rekonesans pieszy, oto co jest :P

DSC_0128

DSC_0129

Jak widać, trafiłam jedynie na leśne pole biwakowe. Obok jakiś teren prywatny, dalej ten inny ośrodek, który mijałam w Wilczu, tylko tu od d. strony. To pójdę se chociaż nad wodę skoro już tu jestem.

DSC_0126

Wracam do hondy, kręcę się, rozglądam, daję jej czas, żeby przestygła, bo za chwilę znowu ją umorduję. Uwieczniam wspaniałą drogę dojazdową…

To ten twardszy odcinek.

To ten twardszy odcinek.

…i spostrzegam panią z pieskiem, którą również postanawiam napaść i wydusić z niej wszystko, co wie o lokalnej topografii. Gdy mapa nie wystarcza, trzeba się socjalizować ;) Pani choć przyjezdna, to taka już prawie miejscowa. Kojarzy oczywiście OW Wilga, bywała tam niegdyś, ale czy to jeszcze działa – nie wie. Określa jednak dokładnie, że to ten przed Wielkopolską (który odpuściłam z braku telebimu i innych drogowskazów). No to jesteśmy w domu! Jeszcze tylko się wydostać z piaskownicy…

Dojeżdżam do Rudna tym razem powoli i daleko przed pierwszymi zabudowaniami dostrzegam przy niepozornej drodze w bok nazwę Wilga. Na małej tabliczce zasłoniętej liśćmi. Kierującą do restauracji o tej samej nazwie (która mnie de facto najbardziej interesuje, bo mieściła się w epokowej rotundzie).

W tych krzaczorach...

W tych krzaczorach…

...taka tabliczka.

…taka tabliczka.

Uff, udało się klasycznie, za trzecim razem. Żeby niczego nie pominąć – bo nie wiem, co jeszcze poza rotundą kryje to wspaniałe miejsce – udaję się najpierw… na koniec, do drugiego wjazdu. Mijam domki, porządne murowane, jakieś leśne boiska, wreszcie ścieżka kończy się na tyłach większego budynku. Potem już płot. Parkuję na największym zadupiu, jakie jestem w stanie znaleźć i pewna, że żadne oko nie dojrzy tu hondy, idę się porozglądać.

DSC_0133

Najpierw nad wodę, postraszyć komary. Wędkarzy do spłoszenia nie spotykam, ale bywają tu ewidentnie, bo pomost jest profesjonalnie zabezpieczony przed niepożądanymi szwendaczami.

...za pomocą (po)mostu zwodzonego.

…za sprawą (po)mostu zwodzonego.

DSC_0138

Jako najwyraźniej nieproszona, zwijam się stamtąd i wracam obadać budynek przy którym zaparkowałam.

Wejście do tajemniczego ogro... ośrodka ;)

Wejście do tajemniczego ogro… ośrodka ;)

DSC_0144

Są schody, a więc podobnie jak przy pochyłym drzewie, każda koza musi po nich wejść. Taki przymus wewnętrzny ;) Zwłaszcza że… czy ja dobrze widzę? Jakiś ciekawy element architektury? O bogowie, toż to witraż!

Witraż z ptaszkami – przecudowny. Co za znalezisko! Skaczę dookoła, bo może jest coś jeszcze, ale nie – to główna i jedyna dominanta estetyczna tego szarego budynku. Przynajmniej jak dla mnie ;)

DSC_0149

Strasznie to ładne, ale przecież jeszcze trzeba poszukać restauracji. Odjeżdżam zatem, kierując się do innej części ośrodka – na piechotę trochę daleko ;)

Na głównym parkingu kolejne smaczki – zadaszenia/wiaty o kosmicznym dizajnie :D

DSC_0177

Obieram tam bazę, pozostawiając dobytek, i idę zwiedzać. W zasięgu wzroku mam już zarówno rotundę, jak i… no jeszcze tam podejdę, główny punkt programu nie ucieknie ;)

DSC_0182

Pewnie jeszcze paręnaście lat temu interes hulał… Sama znam przypadki, gdy miejsca, w których wczasowałam za dzieciaka, teraz wyglądają jak opuszczone od stu lat. Tutaj nigdy nie byłam, więc jest to jakaś atrakcja, choć ponura, ale gdyby mi przyszło ujrzeć w takim stanie miejsca dawnych zabaw… Chyba lepiej posłuchać rady pani Korpikiewicz i „nie wracać do miejsc wspomnień”.

Przy rotundzie okazuje się, że interes działał jeszcze 9 lat temu. „Lato 2007” głosi plakat zapraszający na „zabawę taneczną”.

Ponoć byli chętni na reaktywację tego miejsca, ale tradycyjnie – urzędnicze kłody pod nogi i nic nie wyszło. Szkoda? Obecnym rezydentom ośrodka wcale nie, cenią sobie spokój. Pospacerowałam jeszcze alejkami i półdzikimi ścieżkami nad jeziorem – mimo wszystko wygląda to ładnie. W domkach tętni jakieś życie towarzyskie. Spokój, cisza, ale nie ruina. Dobre i to.

Chętnie bym tam posiedziała dłużej, zwłaszcza że tereny bliżej domu ponoć łoiła niezła burza, a tu było miło i sucho, no ale nie ma zmiłuj. Spakowałam już aparat i zawinęłam torbę w ten płaszczyk wodoodporny, więc dalsze przypadki wesołej gromadki zmuszona byłam cykać telefonem. Bo to jeszcze nie koniec przygód…

IMG_20160527_200326

Oczywiście wymyśliłam powrót nieco inną drogą, po drugiej stronie jeziora. Żeby tam dotrzeć, postanowiłam skorzystać ze skrótu. (tak, teraz następuje chwila grozy) Jako że droga miała być ścieżką leśną, miałam owszem podejrzenia, że może wyglądać podobnie do tej piaskownicy, którą przyszło mi pokonywać wcześniej. No ale przecież optimist prime to moje drugie imię, więc łudziłam się, że aż tak źle nie będzie. No i nie było. Było w cholerę gorzej…

IMG_20160527_202236

Po początkowej małej warstwie mączki na stosunkowo twardym podłożu, za ostatnimi zabudowaniami zaczął się kopny piach po kostki. Wtedy jeszcze pomyślałam „pff, co to dla mnie” i parłam przed siebie. Chwila zwątpienia przyszła, gdy w połowie drogi okazało się, że mijane domki to tylko osiedle leśne, a nie docelowa wieś. I gdy z naprzeciwka spotkałam nadciągający samochód z przyczepką. No, tak jakby nie było wątpliwości, kto powinien komu ustąpić i mimo że nie uśmiechało mi się zatrzymywanie, to wygrzebałam się na pozornie twardsze pobocze i puściłam człowieka. Przy próbach ruszenia zdusiłam hondę ze 4 razy, aż mnie ku…ca trzasła i dałam jej ognia, mając nadzieję, że jednak ruszę, a nie bardziej się zakopię. Udało się i dalej poszło żwawo, bo nikogo już nie mijałam, a determinacja i złość na siebie za ten cud-skrót dodała pewności w prowadzeniu. Ostatecznie okazało się, że to były tylko 2 km, ale wymordowało mnie, jakby było 20. Za osobisty sukces uznaję, że ani razu nie było blisko gleby, co jest sporym osiągnięciem dla mnie, mistrza głupich, absurdalnych wręcz wywrotek ;)

Ale generalnie – nie polecam…

IMG_20160527_202220

IMG_20160527_202248

Chwila na odpoczynek i wyrzucenie z siebie kompletu przekleństw po wszystkim ;)

Czy dalsza droga było warta tego skrótu? Bez szału, ale napotkałam przynajmniej drewniany most na Obrzycy. Bardzo ładny, prawie jak na Podlasiu. Miałam nieco wątpliwości przejeżdżając, bo jego stan był powiedzmy nieprzekonujący (co dziwne, bo remontowali go w 2012), ale nic się nie zawaliło.

IMG_20160527_202541

Burzę oszukałam całkowicie, bo uciekłam przed nią z domu i wróciłam, jak była chwila przerwy. Więc w sumie bilans mocno na plus. Nie licząc tego, że w Rudnie nie zjadłam sobie obowiązkowego gofra – trzeba będzie wrócić i naprawić to niedociągnięcie ;)

I jeszcze mapka ku przestrodze:

mapka1

Dodaj komentarz