Szalona załoga kobiet na motocyklu

Dwie książki – nie bez powodu w jednym wpisie. Obie o motocyklowych podróżach szalonych (w oczach innych) kobiet, o podróżach dalekich, o niemożliwych – ktoś mógłby stwierdzić. W obu podobna narracja, taki strumień świadomości z wplecionymi faktami, odczuciami i dygresjami – czyli po babsku, ale mi to akurat odpowiada, nie wiedzieć czemu ;) Tyle tylko, że akcję obu opowieści dzieli jakieś… 40 lat.

DSC_0011a

O ile o Annie Jackowskiej słyszał prawie każdy współczesny motocyklista – zwłaszcza o jej wyprawie do Syrii i Jordanii opisanej w „Kobiecie na motocyklu” – tak o paniach Korpikiewicz pewnie mało kto wie. Sama nie miałam pojęcia, przypadkiem się dowiedziałam z fp Książki podróżnicze, które musisz przeczytać.

W obu ujęło mnie szczere podejście, bez spiny, bez gloryfikowania, bez pitolenia o pasji ;) Kiedyś na szczęście nie było na to mody… Momenty radości czy triumfu sąsiadują z opisami wpadek lub zwykłego pecha, to wszystko okraszone wiedzą geograficzną lub już historyczną, jak w przypadku „Szalonej załogi”. Lekka, a zarazem życiowa lektura.

DSC_0009a

A tak coś konkretniej o każdej z nich?

Jackowska w pięknym wieku lat 30 wybrała się mniejszym GS-em na Bliski Wschód. W sumie ani jedno, ani drugie nie jest mi szczególnie bliskie – przy czym do BMW nic nie mam, po prostu jest poza zasięgiem, ale kultura arabska mnie zawsze odstręczała – mimo to dzielnie zmierzyłam się z lekturą… i nie było tak źle. Okazała się nawet wciągająca. Nie wiem, jak autorka to zrobiła, bo to przecież „tylko” zbiór wrażeń z podróży, ale po każdym etapie byłam ciekawa co dalej. Duże wrażenie robiła zwłaszcza część syryjska, kiedy z jednej strony miałam wizję kraju sprzed 7 lat, a z drugiej docierały aktualne informacje o exodusie i zniszczeniach dotykających miejsc, które podróżniczka – i ja za jej pośrednictwem – miała przed oczami.
Książka jest bardziej osobista, niż przewodnikowa, ale to jest chyba właśnie jej zaletą. Dzięki temu można poznać kawałek świata z odmiennej (w moim przypadku), bardzo konkretnej perspektywy – a jest ciekawa.

Honorata Korpikiewicz stała się szczęśliwą posiadaczką wueski w wieku 21 lat. Jak pisze, w planach były wypady na grzyby do odległego o paręnaście km lasu, „a może kiedyś (…) trochę dalej?”. Z grzybami nie do końca wyszło, ale wraz ze swoją mamą jako pasażerką zjeździły na Wagabundzie całą Europę i kawałek Azji. Pomyślałby kto?
Książka podzielona jest na relacje z kolejnych wypraw, pierwsza z nich jednak była najbardziej w moim typie i ten opis połknęłam jednym tchem. Objazd po Polsce w poszukiwaniu śladów Kopernika, ale nie do Torunia i z powrotem, tylko po naprawdę zapomnianych nieraz miejscach. Po takim chrzcie bojowym panie się rozkręciły – Turcja, Rumunia, Włochy, Skandynawia (odtąd podróże odbywały się maluchem), Jugosławia, Kaukaz, Grecja… Gdzie ich nie było ;) A przypominam, że odbywało się to na przestrzeni lat 70. i początku 80. Łatwo nie było.
W tym wypadku egzotyczne były nie tylko opisy dalekich krain, ale i odległych w czasie realiów. Począwszy od samych środków transportu, przez środki do życia za granicą (wydzielane odgórnie dewizy), konieczność zgromadzenia krajowego prowiantu na całą podróż (i jak sobie radzić, gdy zapasy przedwcześnie się skończą), aż po zmagania z radziecką władzą i wszelkie inne utarczki z celnikami różnych narodowości. Oczywiście, do tego wszystkiego dochodziły awarie sprzętu. To, że dało się taką wueską przejechać tysiące kilometrów, nie znaczy, że odbywało się to bezboleśnie. Do Włoch i z powrotem ze spadającym kołem magnesowym? Na kołach przerzucanych z przodu na tył i odwrotnie, żeby stare dętki jeszcze chwilę posłużyły, bo nowych nie szło dostać? Podobnie jak głupiego łańcucha… Włos się jeży.
Bardzo ciekawie to wszystko opisane, pięknym językiem, z miejscem na refleksje. Książka nie dość, że motocyklowo-podróżnicza, to jeszcze historyczno-socjologiczna. Z przyjemnością będę do niej wracać. Do książki można. „Nie wracaj do miejsc wspomnień…” – uprzedza jedynie autorka i ma słuszność.

6 Comments

Dodaj komentarz