wycieczka: Świny

Jest progres, proszę państwa – kolejny zaległy zamek odwiedzony. A zaległość ta zdążyła już solidnie nabrać mocy urzędowej, bo o ile w sąsiednim Bolkowie zdarzało mi się bywać*, tak do Świn jakoś nigdy – ani z rodzicami, ani samodzielnie – nie dotarłam.

*i tu miał paść buńczuczny tekst, że było to w tych starożytnych czasach, zanim ktokolwiek zaczął myśleć o Castle Party… Ale jedyne twarde dowody takiej bytności, w postaci barwnych już fotografii, posiadam z roku 1995, kiedy to CP miało się odbyć… już po raz drugi. Tak więc zamysł mi się z lekka rypnął :p No ale czego się spodziewać – w tamtych czasach największymi „szatanistami”, z jakimi miałam do czynienia, byli depeszowcy na campingu w Polańczyku, a o istnieniu gotów i innych takich nawet nie miałam pojęcia. Zresztą, wtedy w ogóle bardziej interesowało mnie przypozowanie do zdjęcia z panią rycerzem, niż jakieś koncerty ;)

Świny, choć nie tak sławne jak Bolków, są równie trudne do przeoczenia. Niemniej, kiedy patrzy się na wystający kawałek ruin, jadąc bajecznie wijącą się na tym odcinku krajową trójką, wydają się o wiele mniejsze niż w rzeczywistości.

Świny

W porównaniu z sąsiednim zamkiem, to to wygląda jak jakaś wieża mieszkalna albo inna psia budka, spodziewałam się zatem krótkiego zwiedzania, pyk myk i po sprawie. Zdziwienie było więc niemałe, kiedy zaparkowałam na polance przed bramą i okazało się, że mam przed sobą kawał zamczyska. Może nie zaraz Malbork, ale też i nie komórkę na grabki, powiedzmy sobie…

F1030028

Kolejna miła niespodzianka – można wejść do środka, bo w bramie stoi pan inkasujący piątaka za tę przyjemność, która była tym większa, że zaraz za progiem powitał nas kamienny chłód jednej z nielicznych posiadających sufit sal. Dalsze komnaty trzeba było sobie już imaginować, bo nic poza ścianami się nie ostało, a i te nie zawsze w całości.

F1030024

Tych kilka pomieszczeń to ledwie rozgrzewka – w wyżej położonej części zamku to dopiero są przestrzenie… Choć nadal bez dachu. Mimo wszystko bardzo malownicze.

A na końcu trasy, na samej górze – combo: nie dość, że zadaszona sala, że z wystawką przybliżającą historię, to jeszcze z widokami zaokiennymi. A propos historii – jako że nie za dobrze idzie mi jej opowiadanie, to jak zwykle odsyłam do źródeł zewnętrznych albo np. do takiego przyjemnego w odbiorze artykułu, gdzie można poznać trochę legend, trochę faktów, a w bonusie jeszcze plany zagospodarowania przez obecnego (póki co) właściciela.

Jak tak zrobiłam post factum rozeznanie w internetach, to widzę, że niezbyt odkrywcze te ujęcia, wtórne nawet rzec można, ale trudno – uznajmy, że to zwykła dokumentacja stanu na sierpień 2015 i zwykła pamiątka ;) Ale może i to wystarczy, żeby zachęcić tych, co do tej pory, tak jak ja, nie byli – miejsce nie zawodzi, warto odwiedzić.

F1030012

2 Comments

Dodaj komentarz