Bory Dolnośląskie by night

Nie był to wyjazd stricte turystyczny, ale chcę to sobie tu zanotować ku pamięci i – no, niech będzie – ku przestrodze. Chociaż to drugie, to akurat bardzo naciągany powód (i dodany z politycznej poprawności ;) ), bo mi tam się akurat podobało i gdyby nie presja czasowa oraz chmura burzowa siedząca na fotelu pasażera ;), to mogłoby to nawet awansować do miana wycieczki.

Ale nie tym razem – teraz to była MISJA. Jak w „Transporterze” niemalże: pojechać, odebrać człowieka, dowieźć do celu. Możliwie szybko. Głowa rodziny musi zdążyć na Wielkanoc, nie ma żartów. Pierwotna opcja zakładała nawet odbiór z Düsseldorfu (ależ to by dopiero była wycieczka :D), ale nasz przyszły pasażer dogadał się, jak to kierowca z kierowcami, i udało mu się jakoś połapać podwózki, mimo świątecznej flauty i ograniczonego ruchu dalekobieżnych transportów. Ostatecznie więc cel misji wypadł w Zgorzelcu.

Niby prosta trasa, 12tką na Szprotawę, odbić na Bolesławiec i cyk na autostradę. Co mogłoby pójść źle?

Już Wam mówię…:P

Tak jak zazwyczaj jestem mistrzem nawigacji, to zdarzają mi się też popisowe wpadki. Albo wykazuję się genialną intuicją i prowadzę jak po sznurku bez mapy i na czuja, albo przewalę na całego. Bez opcji pośrednich ;) Tym razem, w śródnocnym zamroczeniu (wyjazd o północy) i przez pośpiech, udało mi się pomylić zjazdy. Przed Bolesławcem bowiem można wskoczyć na ekspresówkę albo na autostradę. Więc kiedy tylko w mroku rozbłysły niebieskie tablice na Wrocław i pod spodem na cośtam, mój otumaniony wypatrywaniem przydrożnych gadów mózg uznał, że to jest właściwa odnoga trasy. Co więcej, trwałam w tym przekonaniu dobre -dziesiąt kilometrów i coś mi zaczęło świtać dopiero, gdy zobaczyłam drugi z kolei zjazd – ten, który powinien już być w Zgorzelcu, a tymczasem na tablicach widniała Iłowa. Przetwarzanie danych zajęło mi chwilę, więc ominęłam tę drogę ucieczki i korekta trasy zaczęła się od zjazdu na Przewóz. Czyli już pod granicą. Pół godziny do ustalonego spotkania, a my jesteśmy w lesie. Dosłownie i to w niebylejakim, bo w środeczku Borów Dolnośląskich.

Moje odczucia miotały się dziko pomiędzy paniką (czasową), wstydem (honor nawigatora) i euforią (turysty) z powodu tak wspaniałego zabłądzenia.

Sytuacja przedstawiała się o tyle dobrze, że znajdowaliśmy się na krajówce, a Przewóz miał być większą miejscowością, istniała więc możliwość, że będzie tam jakaś stacja, a na niej mapy (oczywiście zapomniałam wziąć swojej – oklaski, porażka stulecia). Moje przewidywania były słuszne i z daleka ujrzałam świecącą na czerwono oazę orlenu – jednak w danych podstawionych do wzoru nie wzięłam pod uwagę tego, że miejscowość znajduje się na totalnym końcu świata, in the middle of nowhere i po 1 w nocy będzie niemalże wymarła. Obudziłam nieszczęsnego sprzedawcę – cud, że tam w ogóle był – i dopytując go o drogę, sprawdziłam szybko na mapie, gdzie, jak i którędy. Wydawało się, że teraz już będzie z górki. Mhm…

W tym miejscu odszczekuję wszystkie pochwalne słowa, które padły pod adresem jakości dróg w tej okolicy. Wojewódzka 350 przez Gozdnicę i 351 od Ruszowa to jest tragedia. Ta pierwsza wprawdzie nosiła ślady trwającego remontu (50m nowego asfaltu i 100m kolein, łat, dziursk i wyboi – i tak cały czas na przemian), ale generalnie był srogi ofrołd. 50-60 km/h z jednoczesnym wypatrywaniem ubytków w jezdni i jeleni przy drodze (a pętały się i jelenie, i dziki, lisy, sarny – chyba nawet coś a la cietrzew, jakieś spore ptaszysko w każdym razie). Dobrze, że uparłam się jechać Myszotapczanem, bo w escorcie stracilibyśmy wszystkie zęby na tym jego xr-kowym zawieszeniu.

W innej sytuacji uznałabym to za wyśmienitą przygodę, ale z racji MISJI byliśmy trochę w dupie. Z pewną rezygnacją, acz bez dalszych przeszkód, w nieco dłuższym niż przewidywany czasie, doturlaliśmy się w końcu wzdłuż Nysy Łużyckiej (ekstra zakręty!) do upragnionego Zgorzelca. Powrót odbył się planowaną pierwotnie trasą. Sierrka sprawiła się w roli liniowca wyśmienicie, mruczała, bujała, pełny komfort i 6l/100.

I wiem już na pewno, że będę musiała to powtórzyć :P

Choć może niekoniecznie w środku nocy (mimo że ta była piękna – Łysy świecił jak latarnia) i najlepiej przyszłym-kiedyś trampkiem… Bo okolice są tam fantastyczne – moja właściwa mapa twierdzi, że jest trochę zabytków, wiem też, że jest tam najstarsze drzewo w Polsce i ogólnie tereny wykazują duże walory krajobrazowe – więc chcę się tam pokręcić jeszcze raz na spokojnie. Tak – powiedzmy – od Bad Muskau do Zgorzelca. Sounds like a plan ;) Tylko po polskiej czy po niemieckiej stronie? Ot, dylemat…

Ale, nawiasem mówiąc, od początku czułam, że coś pójdzie nie tak – na szczęście wyszła z tego tylko przygoda, a nie katastrofa ;)

BORY D1

PS. Kama, zwracam Ci honor i już nigdy nie będę się nabijać z Twojego Bełchatowa :P

4 Comments

        1. byledoprzodu

          Ha! Tak myślałam! Ale mówię – e, to już chyba nie okolica, trochę dalej jest…;) I tak to jest – jak na skrzyżowaniach, jak nie znam drogi – pierwsza myśl bezbłędna, ale i tak pojadę w drugą, bo mi się będzie zdawało :P

Dodaj komentarz