fury na tle: enckort XR3i

Jak widzę w tytule ogłoszenia na olxie tego rodzaju akrobacje słowotwórcze, to po pierwsze: dopada mnie nagły fejspalm, a po drugie: koniecznie muszę takie ogłoszenie otworzyć. No bo jak można nie umieć podać poprawnej nazwy posiadanego samochodu? Można nie mieć pewności, ale jest srylion możliwości, żeby to sprawdzić. Google. Dowód rejestracyjny. Ostatecznie tylna klapa choćby!.. No ale jak patrzę czasem na te popisy obróbki graficznej w zamazywaniu kluczowych detali/osób na zdjęciu/tła, na te błędy ortograficzne i w ogóle wszelkie, to źle napisany model samochodu wydaje się wtedy najmniejszym problemem i tylko śmiech pusty ogarnia. Bawią mnie osobliwie takie produkcje – niezależnie, czy stworzone bezmyślnie, czy z pełnym przekonaniem o ich słuszności i niezmierzonych walorach marketingowych.

Ford eskord – bardzo popularne. Podobnie ford scoripo lub skorpion wręcz, najlepiej w wersji dzija lub giha, wiadomo :P Honda preludium. Volwo. Stamrt Cabio Fortwo. Renoault cango (I shit you not!). I oczywiście globalne marki pod nazwą „sprzedam” lub „motoryzacja”, te są szczególnie ciekawe (gość sprzeda motoryzację? całą? ile trzeba było kraść?).

Jak to się mówi, głupich nie sieją…

Ale skupmy się na enckorcie. Zwany szczeniakiem, bo jest najmłodszy, a ponadto ma taką minę, jak coś niezbyt mądrego i dorosłego ;)
Właściwie, do tej pory nie przedstawiałam go jakoś bardziej, bo nie jest mój – jest zabaweczką jaśnie księcia – ale jeśli odnotowuje się jednocześnie:
→ dzień wolny,
→ słońce,
→ obecność kliszy w aparacie
oraz
→ WAŻNĄ potrzebę (pt. że wóz w końcu ma komplet emblematów z tyłu przy początkowym stanie: 0 znaczków, nie ma zaś aktualnych fotek w tej konfiguracji),
to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby go ukraść i podążyć w siną dal, usiłując zdążyć przed zachodzącym wcześnie słońcem.

Tylko dzięki temu, że to wóz-najszybszy-w-mieście, a droga na Rudną jest prostą, płaską, jednojezdniową autostradą, na której nie uświadczy się wiosek, plątających się pieszych, czyhających suszarek, a nadciągające sarny można zobaczyć z daleka, bo wokół pola po horyzont, tylko dzięki temu – powtarzam, bo sama już zapomniałam, jak zaczynało się to zdanie ;p – udało się dotrzeć do wymyślonej destynacji w trybie „mistrz prostej”, czyli szybko i sprawnie. Na koniec musiałam wprawdzie przekliknąć na „mistrz nawigacji”, bo Naroczyce-Górki są nie dość, że na końcu świata, to poza tym byłam tam raz, błądząc sobie na hondzie i nie zapamiętując zbytnio skąd i dokąd, i w ogóle myli mi się ciągle ta nazwa z pobliskimi Nieszczycami i za cholerę nie wiem, gdzie które. Tym niemniej, bez większych komplikacji (tzn. odwiedzając najpierw Nieszczyce, stwierdzając, że to nie tu i jadąc dalej:P) udało się dotrzeć tam, gdzie droga się kończy i w malowniczym otoczeniu zabudowań gospodarczych walnąć escortowi sesję.

I pomyśleć, że z takiego kaczątka utytłanego – kupionego za ciut więcej niż cena złomu, z padniętą pompą wody, pofalowaną głowicą, spuchniętymi podłużnicami z tyłu i zwisającą smętnie podsufitką – wyszedł taki łabondź… Choć po prawdzie, to to bardziej jaszczomb :P

2 Comments

Dodaj komentarz