wycieczka: Barycz-Rudna

Czas najwyższy odgrzebać jakieś letnie fotki. Ponapawać się dwuwymiarowym widokiem słońca, ciepłego asfaltu, rozbuchanej przyrody. Przy takiej szarówie i wypizgu za oknem, zawsze to trochę podładuje baterie.

Jako wprowadzenie, niechaj ponownie przemówi mapka (profesjonalna jak zawsze – taka ma być ;p):

2a

Chyba już o tym wspominałam, ale najfajniejszą rzeczą tu w okolicy jest różnorodność terenów. Na północ od rzeki: płasko, szeroko, prosto po horyzont, połacie pól lub lasów, parę jezior. Na południe zaś: pagóry, zakamarki, czasami wąskie dróżki. Słowem – co dusza zapragnie i na co akurat jest nastrój. Tylko żeby jeszcze do gór było bliżej… Ale nie można mieć wszystkiego.

Owego lipcowego dnia postanowiłam zatem sprawdzić, co słychać za Odrą – wyjątkowo nie nad nią. Dawno nie byłam w okolicach z pierwszej tegorocznej wycieczki, więc powtórna eksploracja stanowiła niezły punkt wyjścia dla z grubsza zarysowanego planu. Obrałam kierunek na Wyszanów, gdzie Barycz uchodzi do Odry. Gdy poprzednio przejeżdżałam tamtędy pośpiesznie, zaciekawiły mnie drogi wiodące na pastwiska, w okolicy mostu – wiadomo, na pewno prowadzą w niesłychanie ciekawe chaszcze nadrzeczne ;) Tym razem jednak, mając ze sobą hondę, nie dane mi było zbadać tego tematu bliżej, bo choć nie wątpię, że honda by podołała trudom przeprawy terenowej, to nie wiem, czy potem ja (i moja kieszeń) bym zniosła jej porysowane piachem lagi do wymiany albo usyfiony napęd, znacznie ograniczający zasięg niniejszej wycieczki. Tak więc, tymczasem, musiałam obejść się widokiem z samego mostu.

Zdjęcie0293

Zdjęcie0294

Zdjęcie0295

Tajemnicze polne drogi jednak nie dawały mi spokoju i jakiś czas później zorganizowałam spontaniczną ekspedycję – w drodze powrotnej z targowiska stwierdziłam, że piękny letni dzień i siatka śliwek do towarzystwa to świetny i wystarczający pretekst, żeby skoczyć nad Barycz właśnie ;) Relacja wkrótce.

Do tej pory Barycz kojarzyłam jedynie mgliście z dzieciństwa, kiedy to odwiedzaliśmy znajomych rodziców w ich domku po dziadkach, celem degustacji poławianych na miejscu raków, choć mnie bardziej interesowało wtedy włażenie na drzewa w sadzie albo tamże zamontowany hamak; jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do frutti di mare czy – w tym przypadku – dal fiume. Tyle tylko, że była to Barycz bliżej źródeł, w okolicach Żmigrodu. Ta przydługa dygresja ma na celu wyrazić moje zdziwienie faktem, że tak nieduża rzeczka płynie sobie przez niemal 140 km – całkiem sporo, I must say. No i warto też przy okazji wspomnieć, że napędza cały kompleks (jak to się ładnie mówi) Stawów Milickich, a to niemała zasługa, jak na niedużą, jako się rzekło, rzeczkę ;) Dla uzupełnienia wywodów krajoznawczych, bardzo pośrednio związanych z samą wycieczką z niniejszego odcinka, pozostaje mi jeszcze wrzucić niezwykłej urody filmik promocyjny dotyczący regionu,  w którym prawdopodobnie nigdy nie byłam (wszystko zatem przede mną :> ):

Mi to wygląda na nawet lepsze tereny niż na Mazurach, które to z kolei powoli spotyka ten sam smutny los, co Zakopane, chociaż w ich przypadku skala zjawiska ma się gdzie rozmyć, na tak dużym terenie i w tylu kurorcikach, a biedne Zakopane jest tylko jedno, więc i stężenie komerchy jest odpowiednio wyższe.

Ponarzekałam, to teraz mogę wrócić do meritum ;) Tylko gdzie to ja…

A, tak – w Wyszanowie, poza mostem, są też, nie zgadniecie, ruiny.  Ruiny kościoła, ruiny majątku (z których obecnie pozostała właściwie tylko brama wjazdowa i jakieś gruzy porozrzucane wokół). Czyli podobnie jak wszędzie w okolicy.

Dalsza droga przez pola i wioski nie wyróżniała się niczym szczególnym poza tradycyjną sielskością, widokowością i sporym owadem, który postanowił zakończyć żywot na mojej twarzy, a dokładnie – na tym takim deflektorze przy brodzie (całkiem wyrafinowana nazwa jak na półeczkę na zdechłe owady). Potem już sobie przymknęłam szybkę, damn it, mimo że aura tego dnia była przyjemnie bezwietrzna i nie za gorąca… Ach, no i mijałam miejscowość o nazwie do kompletu z leżącymi w innej części Polski Pierożkami ;)

Zdjęcie0297

Po takim niespiesznym turlaniu się po wsi spokojnej, wsi wesołej, dotarłam do DW323 w Kietlowie. Zawsze potrzebuję chwili, żeby powrócić do trybu jazdy z prędkością przelotową (a nie spacerową) na takich drogach. Z tamtego miejsca skierowałam się już prosto na most Ciechanów-Radoszyce na Odrze. Z ciekawszych rzeczy, w wiosce o ujmującej nazwie Irządze, moją uwagę zwrócił budynek dawnej gorzelni – ale bynajmniej nie z racji skrywanego alkoholizmu, lecz dlatego, że nawet będąc mną, nie sposób go przeoczyć – jedzie się wprost na niego ;)
Myślałam, że to jedyny tamtejszy zabytek, ale śledztwo wykazało, że mieszkańcy mogą poszczycić się także odnowionym pałacem, w którym obecnie mieści się szkoła – well done.

Przeprawa przez Odrę, symbolicznie kończąca pewien etap podróży, zmusiła mnie do refleksji – co dalej… (hint – dla tych, co mnie nie znają – nie myślcie, że ja na poważnie piszę w takim pompatyczno-coelhowskim stylu ;) Celowo ubieram te wywody w przesadnie dostojne słowa, żeby z pisania o nic w sumie nie znaczących wycieczkach, zrobić coś teoretycznie czytalnego – niezależnie, czy to dla tych fascynujących parasensacyjnych wątków, czy po protu dla beki ;) )

A jak nie wiadomo, co dalej, to byle do przodu ;)

Zdjęcie0299

Zdjęcie0301

Włączyłam wypracowany przez lata tryb bezcelowego wycieczkowania polegający na omijaniu skrętów prowadzących bezpośrednio do domu i tym sposobem w krótkim czasie dotarłam do Rudnej-Gwizdanowa – no bo gdzieżby indziej. Nie chciałam stamtąd udawać się ani do Lubina, ani w stronę Żelaznego Mostu, więc zagłębiłam się w bliżej mi nieznany sektor w trójkącie Rudna-Ścinawa-Chobienia. Nie ujechałam daleko, gdy oczom mym ukazał się w najwyższym stopniu intrygujący drogowskaz o treści „Szlak rowerowy Mała pętla po Wzgórzach Dalkowskich 34 km”. Szlak szosowy, na szczęście. Co to oznacza w praktyce?

Zdjęcie0303

Zdjęcie0305

Zdjęcie0325

Mniej więcej coś takiego – to, co lubię najbardziej :> Gdyby mi jakoś szczególnie zależało na trzymaniu się tego szlaku, to pewnie poległabym z kretesem, bo pierwszy drogowskaz okazał się zarazem ostatnim, jaki napotkałam, ale wybierając kierunek zwiedzania wedle własnego widzimisię (na zasadzie preferencji do zbaczania na boki – „o, a co jest tam?”), jak się okazuje, przejechałam tę trasę mniej więcej według zamysłu twórcy, mimo że momentami moje wybory prowadziły drogami oznaczonymi „Uwaga, wycinka, wstęp.. (i coś tam, nie pamiętam :P)” lub tranzytami dla rolników (czy jak to się tam nazywa – takie wąskie asfalciki na szagę).

W Radomiłowie trafiłam na położony nieco za wsią, w parko-lesie, odnowiony (!) pałac. Prezentował się tyleż ładnie, co onieśmielająco, więc zajechałam tylko na parking i pojechałam dalej.
Nie, no turysta ze mnie wytrawny, rzeczywiście – jak ruiny, to się boi wchodzić, a jak odnowione, to się wstydzi. Brawo :P

Fajnym skrótem dotarłam do następnej wioski, a tam już tradycyjnie…

Zdjęcie0308

Ruiny majątku w Miłogoszczu (-y?)

Dość dokładnie zwiedziłam także niejaki Górczyn. Mają tam na środku wsi nawet dość dobrze zachowane ruiny kościoła z XV w., a na zadbanym trawniczku przed nimi – plac zabaw. No, sielanka ;)

Zdjęcie0310

Zdjęcie0313

Vis-à-vis kościoła – ruina innego rodzaju…

Zdjęcie0321

Zaś kawałek dalej, prawie na końcu miejscowości, przypadkiem trafiłam na pałac. Choć gdyby nie ten neogotyk na górze, można by pomyśleć, że to zwykły blok.

Zdjęcie0314

Na szczycie herb rodziny von Hederich (oczywiście za: http://glogow.pl/okolice)

Na szczycie herb rodziny von Hederich (info, oczywiście, za LINK)

Zdjęcie0318

Zdjęcie0316

Rosyjska pamiątka o tym, że "dni hitlerowskiego reżimu są policzone".

Rosyjska pamiątka o tym, że „dni hitlerowskiego reżimu są policzone”.

Przed pałacem niegdyś był całkiem wyględny basen, dziś zostało tyle..

Zdjęcie0320

W drodze już z grubsza powrotnej przejechałam przez Naroczyce, w których podobnież jest pałac wybudowany dla Augusta II Mocnego oraz Nieszczyce, gdzie też jest pałac, już nie tak królewski, ale obecnie na tyle zamieszkały, że jak wjechałam na coś w rodzaju dziedzińca, to ludzie w ogródku się dziwnie patrzyli, udałam więc niesamowicie pochłoniętą podziwianiem architektury i niespiesznie się oddaliłam, jak gdyby nigdy nic ;)

Tego dnia więcej atrakcji nie było przewidzianych w planie wycieczki, aaaale… mam tu jeszcze parę fotek z powtórki, która dla odmiany miała miejsce… jakoś w październiku? Będzie coś około, bo dojechałam do Rudnej tylko dlatego, żeby kupić cokolwiek, czym dałoby się osłonić szyję, żebym nie musiała wracać jako częściowy white walker.

Co też mi się udało i po trzykrotnym okrążeniu rudnowskiego rynku z przyległymi uliczkami, zdecydowałam się wstąpić do niepozornego przybytku będącego chyba pralnio-sklepem, gdzie udało mi się nabyć… dwumetrowej długości szalik z pomponami, koloru niebieskiego. W sam raz na moto, jeśli chcecie znać moje zdanie :P
Zdobywszy niezbędne wyposażenie, mogłam już w komforcie uwiecznić zabytki Rudnej, tj.:

Kościół zbudowany jako katolicki, potem przerobiony na ewangelicki, potem znowu katolicki, znowu ewangelicki, a obecnie - guess what - prawosławny :P

Kościół zbudowany jako katolicki, potem przerobiony na ewangelicki, potem znowu katolicki, znowu ewangelicki, a obecnie – guess what – prawosławny :P

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ratusz, jaki jest, każdy widzi. Dość ładny.

Ratusz, jaki jest, każdy widzi. Dość ładny.

…oraz zaliczyć parę kolejnych miejscówek in-the-middle-of-nowhere:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERADobry trip, jak zawsze ;)

4 Comments

  1. Kamil

    Świetnie się czyta i ogląda te relacje, autorka ma dar do barwnego i ciekawego opisywania rzeczywistości i oko do cieszących oko widoków, dzięki którym przypominają się te niesamowite, letnie dni, na które tyyyyle jeszcze trzeba czekać :)
    Pozdrawiam, szerokości życzę i czekam na dalsze wojaże na pięknej Hondzie :)

    1. byledoprzodu

      Dziękuję – staram się podawać to możliwie najprzystępniej, acz wg własnego gustu ;)

      Do lata jeszcze daleko, ale byleby nie wiało za bardzo i nie rzucało żabami z nieba (jak to się mówi), a będzie można wrócić na moto pewnie już w marcu-kwietniu. Do tych przydomowych wojaży jednak ciągnie cały rok, więc teraz w użyciu są cztery koła – efekty zagoszczą na blogu niebawem :)
      Pozdrawiam również!

Dodaj komentarz