Bolków Escort Party, czyli żegnaj Dieslu

W zasadzie żaden z dwóch tytułowych bohaterów nie jest formalnie wliczany do stanu magazynowego naszego stada, ale z racji objętego nad nimi patronatu honorowego i, mniej lub bardziej czynnego z mojej strony, udziału w sprowadzeniu obu pod dom, a przede wszystkim z racji wycieczki krajoznawczej, która się odbyła po escorta – będą mieć swój wpis ;)

Na Diesla, zwanego Traktorkiem lub Lanz-buldożkiem, nadszedł czas.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niestety, od początku był kupiony z zamysłem roboczo-wędkarsko-niskobudżetowym, jako daily-car dla starszego pokolenia, ale żeby jednak był fordem, coby z naprawami/kołami/dostępnością części (mamy swoje kanały ;) ) nie było problemu. Od początku również wykazywał braki w podłodze i niedociągnięcia eksploatacyjne wszelkiego rodzaju. Problem niegaśnięcia został zażegnany w pierwszej kolejności – gdyż bowiem Diesel chyba z przyzwyczajenia klekotał sobie raźno i donośnie, mimo wyciągnięcia kluczyka czy odłączenia akumulatora ;) Jednakże problemy z blacharką nie były uwzględniane w planach ani blisko-, ani dalekosiężnych. Miał wypracować swoje i aloha… Przez półtora roku pracował więc niestrudzenie, czy zima – bezproblemowym odpalaniem przy największych mrozach zaskakiwał niepomiernie – czy lato. I to „palenie od szczała” było jego jedyną zaletą. Może jeszcze kanapowy komfort jazdy i nieulękłość w okazjonalnym pokonywaniu dalszych tras (800 km w dwie strony). Niemniej jednak zadymianie połowy ulicy przy każdorazowym odpalaniu i hurgot słyszalny jeszcze dalej były jasnym sygnałem, że jego czas dobiegł końca. Tak konkretnie, to najjaśniejszym sygnałem była kontrola podwozia i zawieszenia, które groziło oddzieleniem się od całości w najbliższym czasie, a zimą na pewno. Safety first, więc żegnaj Dieslu, czas na nowego starego forda.

Poranno-niedzielny risercz olx-owy wypluł dwa typy, w dwóch przeciwległych kierunkach, więc nijak nie było możliwości obejrzeć ich za jednym zamachem. Po krótkiej burzy mózgów (a jeśli tak zsumować procentowy udział obojga uczestników owej burzy, to w zasadzie jednego mózgu ;) ), wybór padł na egzemplarz… starszy. Paradoksalnie, większa szansa jest, że jeżdżąca mk4-ka będzie miała lepszy spód, niż mk6 i wszystko, co po niej, z niesławnym mk7 AKA jajkiem na czele.
A więc – Bolków, here we come! Nieśmiało liczyłam na krótki spacer do zamku, w którym nie byłam od stu lat, ale nawet wycieczka po prostu, w prawie góry, była najlepszym pomysłem na niedzielę, jaki mógł zaistnieć. Pogoda była wyśmienita, nic tylko jechać. Jako zapasowy kierowca, w jedną stronę mogłam bez reszty poświęcić się opstrykiwaniu wszystkiego, co chwyciło mnie za serce i/lub urzekło mnie w oko. Na pierwszy ogień poszła ładnie oświetlona jesiennym słońcem trasa…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Później dostrzegłam malowniczo rysujące się na horyzoncie wieże Legnicy – po raz pierwszy w karierze, a jechałam już przecież tamtędy ładnych parę razy… Jednak jako kierowca wiele się traci i nawet jazda rekreacyjna nie ratuje w tej sytuacji. Zwłaszcza że na tamtym odcinku zazwyczaj patrzyłam tylko, kiedy będzie możliwość wyprzedzenia chociaż kawałka pielgrzymki, bo te zawsze się tam tworzą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na wysokości samego miasta natknęliśmy się na cieszącego oko jaktajmera.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dalsza droga wypadała przez, słynący z zabytków i bliźniaczego ze świdnickim Kościoła Pokoju, Jawor, ale z racji braku jakiegoś sensownego tranzytu przez centrum, musiałam skupić się na nawigowaniu i jedyne, co udało mi się złapać, to zabytkowy napis na kamienicy oraz… yyy, zamek? Kiedyś zawitam tam na spokojnie i dowiem się wszystkiego o wszystkich zabytkach :]

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za Jaworem to już rzut beretem do celu. I nareszcie – pofalowana, malownicza droga, w jedynym słusznym kierunku, ku (pa)górom :) Jadąc tym razem jako pasażer, w myślach pokonywałam ją już hondką, knując plany na przyszły sezon ;)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wrażenia estetyczne zapewniane przez krajobrazy uzupełniał spektakl na niebie. Aparat aż parował od częstotliwości naciskania spustu :P Kolejny plus bycia pasażerem, ech… Kilka ujęć wyszło nawet nierozmazanych i bez widocznych (aż tak bardzo) plam na szybie ;)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jakby tego było mało, trafił się też fantastyczny leśny odcinek z zakrętami, którego wszak odbiór i przede wszystkim tempo zaburzyła nieco smętna renówka…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A za lasem – Świny. A w Świnach, jak wiadomo, zamek. Ruiny chyba, konkretnie. Zdaje się, że nigdy tam nie byłam. Kolejny kamyczek do zbioru planowanych w powtórnej wycieczce przystanków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z innych ciekawostek trafiła się enklawa Wolnego Państwa Oranii na ziemi polskiej. Afrykanerom nie poszło w RPA i zjechali na Dolny Śląsk?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I wreszcie – Bolków. Byłam tam parę razy jako dzieciak, raz nawet podczas turnieju (tak, mam pamiątkową focię z przebraną damą i rycerzem ;p), aczkolwiek zawsze mi się myli, czy tutaj, czy na Chojniku miała miejsce cała ta przykra historia z jeżdżeniem konno po blankach i krzywoprzysiężczynią Kunegundą ;) Nigdy natomiast, nawet za najbardziej mrocznych czasów, nie zdarzyło mi się uczestniczyć w Castle Party. Może to i lepiej ;)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zwiedzanie z racji późnej pory odpadło, zresztą nie dojechaliśmy nawet do jakiegoś centrum, nasz cel był bliżej. Jadąc z wolna, w poszukiwaniu właściwego adresu, dojrzałam wrastającego malucha. Jak się okazało, był to swoisty drogowskaz, bo właściwy skręt był tuż obok niego. Dzięki temu, czekając na jeszcze-właściciela escorta, mogłam przyjrzeć się temu cudowi wśród rat-projektów bliżej. Parszywy trzynastek.

page

Ale wracając do meritum. Na żywo escort prezentował się nie gorzej niż w ogłoszeniu, co już stanowi nie lada sukces.

Escort wita się z Czarną ;)

Escort wita się z Czarną ;)

Nie posiadał też w sobie tylu emeryckich patentów, co Świnek. Właściwie, to chyba nie posiadał żadnego! Pan właściciel, emerytowany kierowca zawodowy, podchodził do swego auta zadziwiająco znajomo. Raz, że: „proszę pana, ja w robocie non stop słuchałem tych diesli, po pracy to ja chciałem mieć coś cichego!” :P A dwa, że auto było MEGA zadbane, czyściutkie, wręcz pachnące, pan nie przeciągał napraw i co trzeba, to robił – od 1997 r. zawsze w jednym warsztacie – zamiast drutować. Bardziej od niego igła, to była w momencie zakupu tylko Mysza – od przysłowiowego, acz jak najbardziej realnego dziadka-Niemca, więc igła z definicji.
Wysłuchaliśmy stu historii o tym, jak się auto sprawowało i co było robione, jak, kiedy i na jakich częściach, choć właściwie tylko z grzeczności – decyzja zapadła, jak się dowiedziałam, po jakichś 10 minutach ;) Na domiar dobrego (bo rozmawiało się bardzo przyjemnie – pan opowiadał konkretnie, acz z jajem), przy podpisywaniu umowy w mieszkaniu, pani gospodyni poczęstowała nas świeżo zrobionym jabłecznikiem – auto kupione w takich okolicznościach nie może być nietrafione ;)

"A tu jest taki dynks... To tak tylko, żeby korek się nie zgubił"

„A tu jest taki dynks… To tak tylko, żeby korek się nie zgubił”

Porządek jak się patrzy.

Porządek jak się patrzy.

Pitu-pitu i zapadła noc. Początkowo miałam jechać z powrotem Czarną, ale na cepeenie nastąpiła zmiana, bo za bardzo uciekałam (no ale jak tu nie przycisnąć na takich pięknych zakrętach) i resztę drogi pokonałam wolniejszym escortem ;) Może nie ma buta, może to nie sierra, ale jedzie się bardzo wygodnie, odpowiednio szybko, a i ze świateł rozpędza się przyzwoicie. Coś jak mój były golf, tylko lepiej wykonany ;) Poza tym, w spadku zostały w nim kasety, więc podróż sponsorował Goombay Dance Band :D Klimatyczny wóz, a w głośnikach m. in. psychodeliczne „Paradise of Joy and Laughter” (przynajmniej w moim odczuciu takie „miłe” piosenki ryją banię ;p)

i zaraz po nim najlepsze „Take me home to Jamaica” – oł je :D

Mistrzostwo świata, mogłabym nim jeździć jak swoim ;)

W drodze powrotnej również trafił się piękny klasyk, mianowicie turbo krokodyl.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Escort bez problemu pokonał blisko 100 km do nowego domu (w przeciwieństwie do najmłodszego, tj. Szczeniaka, który, przypominam, od połowy podróż kontynuował na sznurku), po czym nastąpiło uroczyste macanie nowego nabytku w garażu ;)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W komplecie doszła także kolejna książka napraw i obsługi, z nieznanej nam dotąd serii, ale napisana bardzo sensownie. Wszelkie takie suweniry mile widziane :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dobry zakup, będzie jeszcze długo służył.

Dodaj komentarz